Czy w Kanie Galilejskiej rzeczywiście wydarzył się cud?

Problemy, które nie doczekały się na czas odpowiednich rozwiązań czy też zostały przysłowiowo ,,zamiecione pod dywan”, lubią jak bumerang powracać do publicznej debaty i to niekiedy ze zwielokrotnioną mocą. Nie da się chyba dziś już ukryć, że takim problemem jest współczesna katecheza młodzieży. Głos w tej kwestii, który pragnę teraz zaprezentować, jest rozwinięciem komentarza, zamieszczonego przeze mnie pod następującym artykułem:

https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,36238,lodz-ponad-polowa-uczniow-wypisala-sie-z-lekcji-rel-.html

Owszem, masowa, jak wskazuje ten artykuł, rezygnacja z uczęszczania na katechezę może mieć przyczyny zewnętrzne, z których najczęściej wymienia się choćby niedopasowanie planu lekcji. W artykule tym pojawiła się jednak dużo bardziej zastanawiająca diagnoza, że – i tu uwaga: nieuczęszczanie na katechezę wcale nie powoduje odejścia od wiary. Po co więc katecheza, ktoś słusznie powie, skoro nie pomaga ona w określeniu się młodego człowieka jako wierzącego? Przyczyny niepopularności katechezy muszą mieć więc charakter wewnętrzny, związany z samymi treściami oraz formą ich przekazu. O przyczynach wewnętrznych mówi się zresztą dużo mniej chętnie, ponieważ wymagają one zmian od prowadzących katechezę, a nie od warunków szkoły czy też oddziaływania środowiska.

Nie jestem etatowym katechetą, ale prowadząc zajęcia dydaktyczne z filozofii – a zwłaszcza w temacie relacji pomiędzy nauką i teologią – wielokrotnie przychodzi mi się mierzyć z katechizmowymi pytaniami, zadawanymi przez studentów. I najczęściej pytania te brzmią: jak to jest, że Kościół mówi tak, a nauka mówi tak? Najgorętszy przykład to chyba grzech pierworodny: skoro człowiek wyewoluował, to nie było żadnego Adama i Ewy, więc komu mamy tutaj ufać? Czy Kościół się myli i każe nam dziś wierzyć w mity, czy to może nauka musi ustąpić przed autorytetem Kościoła? W szkołach od czasu do czasu też jednak bywam, wygłaszając najczęściej dla licealistów różne filozoficzne i naukowe pogadanki. Do ulubionych przeze mnie tematów, wzniecających nierzadko ostre dyskusje należą: ,,Czy nauka przeczy wierze?”, ,,Nauka a cuda”, ,,Czy Bóg stwarza poprzez ewolucję?”, ,,Czy Wielki Wybuch i stworzenie to to samo?”.

Po jednym z wykładów o nauce i cudach pewien młody i wyglądający na rozgarniętego człowiek wstał i zadał pytanie, którego w sumie po treści wykładu powinienem był się spodziewać. Brzmiało ono prosto: ,,Czy w Kanie rzeczywiście wydarzył się cud?”. Nie ukrywam, że coś takiego posłyszeć to dla wielu  jak grom z jasnego nieba, ponieważ jeżeli podważymy cudowność przemiany wody w wino, to upada jeden z kluczowych apologetycznych argumentów, potwierdzających bóstwo Chrystusa. Ów młodzieniec argumentował bowiem, że wodę hipotetycznie można by rozłożyć na cząstki elementarne, a z tych z kolei poskładać z powrotem dobre wino. I choć nauka dzisiaj takich rzeczy nie potrafi, to nie ma żadnych racji a priori, że nigdy to nie będzie możliwe. I wtedy rzeczywiście cudu nie ma!

Problem ten ma jednak znacznie szersze znaczenie, ponieważ stwarza istotne komplikacje przy procedurach kanonizacyjnych. Co bowiem zrobić, jeśli cud stwierdzony 200 lat temu w postaci uzdrowienia, dziś dla medycyny stanowi rutynową terapię, która gwarantuje pewność wyleczenia? Nikt przecież nie będzie detronizował świętych i błogosławionych. Teologia radzi sobie jednak z tą kwestią poprzez modyfikację definicji cudu, w której to definicji, zwanej semantyczną, za zdarzenie cudowne uznaje się takie, uznane przez jego odbiorcę czy obserwatora jako mające sens nadprzyrodzony. Uff, uratowaliśmy Kanę! Definicja ta także nie wymaga rozumienia cudu jako interwencji Boga w prawa przyrody. W takim przypadku rodziłoby się bowiem cały szereg kolejnych problemów teologicznych, które musimy niestety teraz pominąć.

Gdzie więc zatem w tej całej opowieści widać problem współczesnej katechezy? Jak sygnalizowałem w moim komentarzu, problem ten widzę w przestarzałym języku, którym się katecheza posługuje. No dobrze, ale czy język wykładu prawd wiary może się w ogóle ,,zestarzeć”? Czy raz wypowiedziane prawdy te nie są wieczne? I tutaj pojawia się istotny niuans. Owszem, nigdy nie może zestarzeć się ich nadprzyrodzony sens, ale dezaktualizuje się język, który stanowi nośnik tego sensu. Kwestię tę wielokrotnie poruszałem w moich poprzednich wpisach na blogu. Chodzi bowiem o to, że, jak podkreślał wyraźnie holenderski teolog, Edward Schillebeeckx, nie istnieje coś takiego, jak ,,nagi głos Boga”. I nie jest to bynajmniej żaden dwudziestowieczny wymysł postępowego teologa, ale wiedzieli już o tym starożytni Grecy, mówiąc, że cokolwiek jest przyjmowane, przyjmowane jest na sposób przyjmującego. Każda prawda objawiona, przekazana człowiekowi przez Boga, dociera do niego w sposób zapośredniczony przez sieć kulturowych uwarunkowań i kontekstów, w których przyszło mu na danym etapie żyć. Innymi słowy, sens Objawienia nie jest człowiekowi przez Boga bezpośrednio przedyktowany, ale dociera on do niego tylko i wyłącznie poprzez zakodowane w naturalnym języku sensy, które człowiek traktuje jako intuicyjnie oczywiste.

Jeżeli więc dany przekaz katechetyczny oprze się na poznawczych intuicjach, obcych grupie, do której jest on skierowany, to wówczas nie tylko nie przeniesie on zamierzonych treści, ale również wywoła zgrzyt, odwołując się do wyobrażeń, które przez daną grupę mogą być uznane za przestarzałe i nieadekwatne wobec aktualnego stanu wiedzy o świecie. Potraktowanie takiego zgrzytu jako argumentu przeciwko wierze szczególnie łatwo przyjdzie tym, którzy dla wsparcia swojej wiary potrzebują raczej racjonalnych, a nie pobożnościowych czy emocjonalnych przesłanek. Młodzi ludzie mają najczęściej otwarte umysły i naturalnie poszukują przekonywujących wyjaśnień i my jako katecheci oraz duszpasterze jesteśmy im tych wyjaśnień winni. Jeśli w zamian za to posłyszą na przykład od katechety, że ewolucja to wymysł diabła, albo, że ewolucja jest niemożliwa, bo nie godzi się, aby Matka Boża pochodziła od małpy, to trudno się dziwić, że następnym razem Kościół i katechezę ominą długim łukiem.

Na koniec chciałbym, żeby raz jeszcze jasne było jedno: opisany przeze mnie problem nie jest nowy, mówił o nim ponad 1500 lat temu św. Augustyn. Dlatego, Drogi Czytelniku, zanim ogłosisz swój sprzeciw, przeczytaj uważnie poniższy fragment z jego Komentarza dosłownego do Księgi Rodzaju (Ks. I, Nr 19):

Często bowiem zdarza się, że ktoś – nawet nie chrześcijanin – zna się dobrze na Ziemi, niebie oraz innych elementach świata, na ruchach i obrotach, a nawet na na wielkościach i odległościach gwiazd, na zaćmieniach Słońca i Księżyca, na porach roku i na zmianach, na naturze zwierząt, krzewów i kamieni tak, że dokładnie to rozumie lub doświadcza. Naprawdę jest rzeczą bardzo haniebną, szkodliwą i należy tego za wszelką cenę unikać, by jakiś niewierny słuchając chrześcijanina mówiącego o tych rzeczach na postawie Pisma Świętego w sposób tak niedorzeczny, że jak to się mówi, całe niebo słuchając tego z trudem może powstrzymać się od śmiechu. I nie tyle jest przykre, że wyśmiewa się błądzącego człowieka, ile że nasi autorzy, tym obcym ludziom, wydają się wierzyć w takie błędy. Jest to z wielką szkodą dla tych, o których zbawienie mamy się troszczyć, gdyż skrytykują oni i zlekceważą ich jako ignorantów. Gdy tylko przyłapią kogoś z chrześcijan na pomyłce w sprawach bardzo dobrze im znanych, a swoje próżne poglądy oprą na naszych księgach, jak będą mogli uwierzyć w zmartwychwstanie umarłych, nadzieję życia wiecznego i  królestwo niebieskie, gdy stwierdzili w naszych księgach błędy na temat rzeczy, których już mogli doświadczyć i które przyjęli na podstawie niezbitych dowodów?

 

Mistrzowie, klerykalizm i kościelna nuda

Istnieje z pewnością wiele kryteriów, wedle których można pogrupować nauczycieli, wykładowców i profesorów. Największą estymą cieszy się z reguły pedagog, który potrafi swoją dziedziną wiedzy tak zachwycić i zmotywować, że bardzo szybko tworzy się wokół niego grupa słuchaczy i naśladowców, pragnących być dokładnie tacy, jak on. Mówimy wówczas o kimś takim, jako o mistrzu. Z pewnością postaci takie stanęły na życiowej drodze wielu z nas i być może właśnie dlatego jesteśmy biologami, historykami, lekarzami czy też siostrami zakonnymi i księżmi. Innymi słowy chodzi o to, czy dany nauczyciel uczynił tworzony przez siebie dydaktyczny proces wspólnym wydarzeniem, do którego zaprosił studentów, czy był tylko biernym odtwórcą treści, których bezkrytycznego przyjęcia bezwzględnie wymagał, nie troszcząc się o pytania i wątpliwości, jakie mogły zrodzić się w umysłach jego słuchaczy. Zajęcia takich wykładowców często postrzegaliśmy jako nudne i mało owocne poznawczo, ponieważ z reguły były czytane monotonnym i nieprzekonującym głosem, przez co szybko układały nas do snu, nawet w niewygodnej, drewnianej szkolnej ławce. I zupełnie nie należy się temu dziwić, ponieważ współczesne badania z zakresu neurobiologii wyraźnie potwierdzają, że proces uczenia się jest tym bardziej efektywny, im bardziej aktywnie student jest w niego zaangażowany.

Na zarysowane powyżej kryterium można by zareagować wzruszając ramionami, że przecież to w zasadzie konwencja, są tacy i tacy. A przecież to nic innego, jak koloryt okresu życia, związanego z edukacją. Problem tylko w tym, że wówczas najczęściej pamięta się dziwactwa i ekscentryzmy wykładowcy, a nie treści, komunikowane w czasie zajęć. Tu potrzeba czegoś więcej. I teraz pierwsza radykalna teza: potrzeba tego, by sam wykładowca dokładnie wiedział, że niczego nie wie do końca. Nie chodzi tu bynajmniej o preferowanie niedouczonych i niekompetentnych nauczycieli, ale o wskazywanie tych, którzy mają autentyczną pasję odkrywania. Dokładnie tak rodzi się etos mistrza, który, choć wiele tajemnic odkrył, to jednak sam jest dalej na drodze i w swoje własne odkrywanie włącza również swoich wychowanków. Mistrz swój autorytet czerpie nie z tego, że został mu jakoś z zewnątrz nadany i zadekretowany, ale z tego, że ucząc innych, sam uczy się i poznaje, a przez to również popełnia błędy i potrafi się do nich przyznać. Czyż nie tak właśnie funkcjonowało i nie funkcjonuje nadal szereg wybitnych profesorów, którzy gromadzą młodych adeptów, ponieważ zapraszają ich do wspólnego stanięcia przed tajemnicą? Taka jest zresztą natura nauki: każde znaczące odkrycie stawia nowe, dużo poważniejsze wyzwania i nic nie wskazuje na to, że ktoś miałby odkryć teorię wszystkiego, która ostatecznie zaspokoiłaby wszelki poznawczy wysiłek i pozwalała zakończyć wszelkie poszukiwania.

Teraz, z tymi wnioskami, czas przenieść się w końcu na grunt kościelny i popatrzeć na szeroko eksponowaną dziś przywarę eklezjalnej rzeczywistości, jaką jest klerykalizm. Wiele pada zarzutów, oskarżeń, mało zaś widzi się merytorycznej argumentacji, pozwalającej na rzetelną identyfikację źródeł problemu i perspektyw konstruktywnej poprawy. Łatwo kogoś wysyłać na księżyc, znacznie trudniej mu jednak powiedzieć dlaczego. Obecnie spróbuję, nawiązując do naszkicowanego powyżej etosu mistrza, wskazać na jedno z mało zauważanych źródeł klerykalizmu, jakie widzę w przekonaniu, że doktrynalne wypowiedzi Kościoła stanowią ostateczne i nie wymagające nigdy żadnej reinterpretacji prawdy. W takiej postaci nauczanie to byłoby Boskim dyktandem, które należy zaakceptować jako ostateczne i na zawsze zamknięte rzeczywistości. Przekonanie to jest dość powszechne, aczkolwiek nie do końca uzasadnione. Jak już sygnalizowałem w poprzednim wpisie, widzę głębokie analogie pomiędzy rozwojem nauki i rozwojem teologii. Nauka wykształciła odpowiedni język do wniknięcia w tajniki przyrody pod powierzchnią zjawisk. Tym językiem jest matematyka. Teologia takiego jednoznacznego języka jednak nie ma, ponieważ każde sformułowanie teologiczne zawiera w sobie nieusuwalne napięcie pomiędzy skończonością języka, jako czysto ludzkiego narzędzia wyrazu, oraz nieskończonością Boga, którego istotę usiłuje uchwycić. W sensie pozytywnym teologia może posługiwać się jedynie metaforami, czyli obrazami, które w analogicznym sensie – na zasadzie podobieństwa – odsłaniają jakiś nikły rąbek Boskiej Tajemnicy.

Okazuje się jednak, że Kościół nie zawsze opowiadał się za tego typu rozumieniem teologii, zwłaszcza bezpośrednio po Soborze Trydenckim w XVI wieku. Dla Kościoła był to okres niezwykle trudny, ponieważ musiał zmierzyć się ze skutkami reformacji, które nie tylko zachwiały podstawami katolickiej doktryny, ale również znacznie nadszarpnęły jego społeczną pozycję. Ujmując rzecz w największym skrócie, teologia zawsze potrzebuje jakiegoś systemu pojęć, dla sformułowania swoich twierdzeń. Kościół Soboru Trydenckiego polegał w głównej mierze na teologii, sformułowanej w XIII wieku przez św. Tomasza z Akwinu, a ta z kolei bazowała na arystotelizmie, zmodyfikowanym przez Akwinatę. Z czasem pojawiło się również przekonanie, że tak skonstruowana filozofia w sposób pewny dociera do fundamentalnych podstaw rzeczywistości i dlatego zyskała sobie w końcu przydomek filozofii odwiecznej (łac. philosophia perennis). Użycie jej, jako języka teologii, poskutkowało więc nadaniem temu językowi statusu praktycznie całkowitej obiektywności. W rezultacie tak wyrażona doktryna – zresztą zupełnie wbrew myśli św. Tomasza – traktowała swoje twierdzenia, jako bezpośrednio i literalnie komunikujące nadprzyrodzone treści. Odbiorca objawienia pozostawał w takiej sytuacji zupełnie pasywny, co z kolei przyczyniło się do ugruntowania specyficznej koncepcji objawienia, wedle której bycie wierzącym oznacza bezkrytyczną akceptację zestawu doktrynalnych twierdzeń, jakby były wprost ,,podyktowane’’ przez Pana Boga.

Bardzo łatwo było więc zbudować wizję Kościoła nieomylnie nauczającego ex cathedra, który swój mandat nieomylności czerpał z bycia piastunem i zarządcą raz na zawsze wypowiedzianych prawd, które nie podlegają żadnej reinterpretacji, ani pogłębieniu. Nie da się ukryć, że w takiej wizji Kościół zyskuje olbrzymi autorytet, ponieważ jego głos staje się bezpośrednio czystym głosem samego Boga. Jest to z jednej strony dla Kościoła bardzo wygodne, ponieważ dostaje w swoje ręce skuteczne narzędzia do zarządzania wiernymi i kwalifikowania ich postaw wiary – bądź niewiary – w zależności od spełnienia szeregu łatwo definiowalnych warunków. Jednak z drugiej strony niesie niebezpieczeństwo tworzenia wyróżnionej i uprzywilejowanej grupy, posiadającej z góry nadany przywilej nieomylności i zasługującej z tego powodu na szczególny protektorat oraz szacunek. A stąd do klerykalizmu już tylko krok. Problem więc staje w pełnej swojej odsłonie.

Teologia dwudziestowieczna, mająca swój ważny wyraz w orzeczeniach Soboru Watykańskiego II, zaczęła powoli modyfikować ten obraz. Kwestię tę sygnalizowałem już w swoim poprzednim wpisie o karze śmierci, ale pozwolę sobie podstawowe tezy powtórzyć jeszcze raz, żeby konieczne podstawy mieć na świeżo. Wspomniana modyfikacja motywowana była w dużej mierze wpływami filozofii nowożytnej, która słusznie wyakcentowała aktywną rolę ludzkiego umysłu w procesach poznawczych. Z tego też powodu czołowi teologowie epoki, tacy jak chociażby Edward Schillebeeckx czy też Karl Rahner, argumentowali na rzecz kontekstualności języka teologii. Schillebeeckx mówił, że nie istnieje nuda vox Dei, czyli nagi głos Boga, natomiast Rahner zaproponował metaforę amalgamatu, aby pokazać, że nie da się oddzielić treści objawionych od sposobu ich wyrazu, jakie narzuca ludzki język. To z kolei czyni możliwym ewolucję doktryny chrześcijańskiej i dogmatu, ponieważ twierdzenia teologiczne można reinterpretować w momencie, gdy staną się dostępne środki wyrazu, które pozwolą znacznie głębiej wniknąć w Tajemnicę Boskiej natury. Taką perspektywę pogłębienia oferuje przede wszystkim współczesna nauka. Kontekstualność teologii bardzo ciekawie uchwycił współczesny amerykański teolog ewolucyjny, John Haught w swojej książce The Unfinished Universe (Niedokończony Wszechświat):

Depozyt wiary katolickiej nie jest gładko zaokrągloną skałą, staczającą się po korytarzach czasu, wyścielonych zmieniającymi się kulturami i fluktuującymi intelektualnymi środowiskami. Doktryna może i musi się rozwijać, jeżeli ma się stać podstawą ożywczej duchowości dla różnych okresów czasu. Istotnie, teologia zawsze była jedną z dróg, dzięki której żywe religijne tradycje walczyły o swoje przetrwanie.

Cytat ten mógłby wydawać się jedynie metaforycznie ujętą powtórką, czym jest kontekstualność języka teologii i ewolucja doktryny. Haught idzie jednak dalej, ponieważ to właśnie od tych własności teologicznego dyskursu uzależnia on jego ożywczy charakter dla kultury. Ożywczość ta wynika więc bezpośrednio z tego, czy dane teologiczne twierdzenie traktowane jest jako rzeczywistość otwarta, która z racji swego skończonego charakteru nie zatrzymuje na sobie, ale zawsze wskazuje dalej, poza siebie, podpowiadając, że za jej pośrednictwem dowiedzieliśmy się bardzo niewiele, a prawdziwa Tajemnica pozostaje nadal do odkrycia. Nie ma więc czasu na nudę i bezmyślne powtarzanie tego, co wszyscy już tyle razy słyszeli.

Łatwo teraz zauważyć, że w takiej sytuacji nauczyciela i uczniów dzieli w sumie bardzo mała odległość, a łączy wspólna droga, którą trzeba razem przebyć. Nie ma więc tutaj miejsca na wyniosłość ani pychę, na plasowanie się ponad innymi oraz tworzenie stref komfortu, w których godność wynika z przynależności do ekskluzywnego klubu. Jest za to przestrzeń na słuchanie, bycie razem, ciągłe uczenie się, prawdziwego sensu nabiera więc dążenie do chrześcijańskiej doskonałości. Nie ma wokół mydlanej bańki, która legitymizuje podwójną moralność i hipokryzję, niezbędna za to staje się przejrzystość i wierność zasadom, które obowiązują wszystkich tak samo, zarówno świeckich, jak i duchownych. W ten sposób buduje się prawdziwy autorytet i wiarygodność mistrza. W ten też sposób autentycznie uczy się wiary. Przestaje ona wtedy być zestawem regułek do mechanicznego zapamiętania, ale staje się prawdziwą przygodą, spotkaniem z Tym, który nadaje sens ludzkiemu istnieniu.

Szukajcie najpierw królestwa Bożego czyli o świętowaniu niedzieli i niedzielnych zakupach

Wielu Polaków szczyci się tym, że Polska jest katolickim krajem. Przeciętny przybysz z zagranicy z pewnością zachwyci się znaczną frekwencją na niedzielnej Mszy świętej, powszechnością sakramentu spowiedzi, a w Częstochowie przykuje jego uwagę masowy ruch pielgrzymkowy. Nie wszyscy odwiedzający nasz kraj odnoszą jednak tak jednoznacznie pozytywne wrażenie. Może ono być wręcz zupełnie przeciwne, czego przykładowo doświadczają turyści przybywający do nas z Bawarii, gdzie nie do pomyślenia jest, aby handel odbywał się w niedzielę. Poza stacjami benzynowymi i restauracjami centra handlowe zamknięte są na ,,cztery spusty”, w przeciwieństwie do Polski, gdzie w handlowe niedziele cieszą się one sporą popularnością. Jak zatem rozwiać wątpliwości takich ludzi, którzy stawiają sobie oczywiste pytanie o to, jak Polacy katolicy realizują trzecie przykazanie Boże, wzywające do poszanowania dnia świętego?

Apelując więc do ludzkich sumień warto oddać głos świętemu Janowi Pawłowi II, który w roku 1998 opublikował list apostolski o świętowaniu niedzieli, zatytułowany Dies Domini, czyli po polsku Dzień Pański. Obserwując naszą współczesną konsumencką rzeczywistość w Polsce, trudno nie odnieść wrażenia, że list ten jakoś dziwnie wylądował w archiwach kościelnych dokumentów a jego przesłanie nie przeniknęło na kościelne ambony ani do sumień Polaków. Chyba zresztą każdy z nas może sobie zarzucić, że w planowaniu tygodniowych zakupów dopuszczał myśl, że jak zbraknie, to się ,,najwyżej wyskoczy w niedzielę do pobliskiej Żabki”.

W argumentacji na rzecz szczególnego charakteru niedzieli jako dnia świętego pragnę w tym miejscu odwołać się do niezwykle cennych rozważań na temat istoty świętowania autorstwa nieżyjącego już niemieckiego filozofa, Josepha Piepera (1904-1997). W szczególności chodzi mi o jego pozycję, zatytułowaną Zustimmung zur Welt: Eine Theorie Des Festes, co na polski tłumaczy się jako W rytmie świata: teoria świętowania. Choć sam tytuł może wydawać się mało przystępny, to jednak Pieper w systematyczny sposób prowadzi swojego czytelnika od prostych obserwacji do głębokiej teologicznej refleksji, która ukazać ma, gdzie tkwi głębia świętowania i jak zakorzeniona jest ona w chrześcijańskiej kulturze.

Wkraczając obecnie w przestrzeń refleksji Piepera, warto najpierw postawić pytanie, czy rzeczywiście świętowanie stanowi jedynie przerwę w cyklu tygodniowej pracy. Pieper wyraźnie podkreśla, że świętowanie nie kwalifikuje się jako okres bezczynności, ale stanowi inny szczególny rodzaj aktywności. Chodzi bowiem tutaj o kluczowy podział na czynności użytkowe (łac. ars servilis) oraz czynności wolne (łac. ars liberalis). Istota rozróżnienia między nimi tkwi w tym, że czynności użytkowe mają cel poza sobą natomiast czynności wolne wykonuje się dla nich samych. Jako przykład pierwszych można podać wytwarzanie przedmiotów, przeznaczonych do odrębnych dla ich istoty celów jak choćby uprawa roślin dla celów spożywczych. Dobry przykład czynności wolnej stanowi natomiast uprawianie nauki, w której czerpiemy radość z samej czynności, pozwalającej nam przybliżyć się do prawdy o świecie.

Jakie jednak warunki muszą być spełnione, aby dana czynność zasługiwała na miano czynności wolnej? W tym momencie nieuchronnie wkraczamy już w wyjaśnienia natury religijnej, które uwzględniają nadprzyrodzone przeznaczenie człowieka, będące jego ostatecznym spełnieniem, czy używając bardziej technicznego terminu wizją uszczęśliwiającą. Namiastki takiej wizji możemy już tutaj w ziemskim życiu doświadczyć, kiedy w kontemplacji usiłujemy dotrzeć do podstawy wszelkiego istnienia afirmując w ten sposób świat w jego całości. Innymi słowy, aby prawdziwie oddać się czynności wolnej i prawdziwie świętować, musi obecny być element kontemplacji. W takiej perspektywie, jak podkreśla Pieper, świętowanie staje się również okresem obfitości, nie materialnej ale duchowej. Do tak określonej specyfiki świętowania dokomponowuje się jeszcze jeden istotny wątek, a mianowicie z zaniechaniem czynności użytkowej wiąże się również wątek ofiarniczy świętowania, w którym umyślnie pozbawiamy się materialnych korzyści w tej czynności uzyskiwanych. Zwieńczeniem świętowania ma więc być pełna radość, kto się nie potrafi prawdziwie cieszyć, ten nie potrafi prawdziwie świętować.

W kolejnym kroku naszych rozważań nad świętowaniem dotknąć musimy jego wymiaru teologicznego, który naturalnie nabudowuje się na dotychczasowe spostrzeżenia kulturoznawczej i religioznawczej natury. Czyż afirmacja świata nie realizuje się w swojej całkowitej pełni, jeżeli oddajemy chwałę samemu Stwórcy tego świata? Jeżeli więc sedno świętowania tkwi w akceptacji wszystkiego co jest, zatem nie można, zdaniem Josefa Piepera, wskazać bardziej uroczystej formy świętowania niż celebracja rytualna. Przykładowo, wystarczy przyjrzeć się bogactwu obchodów Bożego Ciała, gdzie właściwym uroczystościom mszalnym w świątyniach towarzyszy potężna manifestacja uliczna, połączona z wykorzystaniem orkiestr dętych oraz wystrzałów armatnich. Pojęcie dnia świątecznego tłumaczy się również w języku polskim samą etymologią tego słowa, które oznacza dzień święty, zarezerwowany dla kontemplacji rzeczywistości nadprzyrodzonych oraz oddania czci Bogu. Roger Caillois, jeden ze współczesnych obok Piepera autorów, badających systematycznie zjawisko świętowania określił dzień święty jako: la periode de la preeminence du sacre co oznacza okres czasu, w którym przeważa święte.

Dlaczego więc akurat niedziela? Z pomocą przyjdą tutaj cytowane przez Piepera rozważania znanego XX-wiecznego liturgisty, Josefa Andreasa Jungmanna. Prezentuje on pogląd, iż spośród bezliku chrześcijańskich świąt o właściwym kształcie świętowania decyduje przede wszystkim specyfika święta Wielkanocy a także każdej innej niedzieli w ciągu roku. W ogólności, jak przypomina Pieper, tak samo starotestamentalny szabat jak też i obecna niedziela reprezentują biblijny Siódmy Dzień, święty dzień w którym odpoczywa nie tylko pan i pasterz ale także i bydło (Pwt 5, 14). Dzień ten niesie z sobą nie tylko okazję do kontemplacji boskiego dzieła stworzenia ale także do jego szczególnej afirmacji ponieważ wszystko to, co Bóg stworzył jest dobre. Co więcej, siódmy dzień postrzegany zawsze był jako pewien wskaźnik wprzód, namiastka przyszłego życia z Bogiem. Jak stwierdza sam Św. Tomasz z Akwinu, w niedzielę w sposób szczególny celebrujemy dar stworzenia, który jest najpierwszym ze wszystkich Bożych darów. W takim ujęciu niedziela staje się pierwowzorem wszelkiego świętowania ponieważ poprzez szczególną afirmację stworzenia zawiera ona w sobie to, co leży u podstaw każdej uroczystości. Chcąc jednak ukazać wątek specyficznie chrześcijański niedzieli, należy wskazać na jej ścisły związek z osobą Jezusa Chrystusa i oraz tajemnicą Jego Wcielenia, które osiągnęło swój pełny owoc w Chrystusowym Zmartwychwstaniu. Z tego właśnie powodu każda niedziela stanowi emanację Wielkanocy. I dlatego trudno się dziwić, że trzecie przykazanie dekalogu wzywa nas do uszanowania dnia świętego.

Przykazania niewątpliwie zawierają w sobie pewien element negatywny, ponieważ stanowią zestaw nakazów i zakazów, w którym czasami ciężko nam dopatrzeć się pozytywnej motywacji. Jeżeli rzeczywiście pozostawimy naszą religijność na takim minimalnym poziomie, to stanie się ona szybko nieznośnym balastem i nie wytrzyma konkurencji z ofertą współczesnego świata. Nie można chyba jednak mieć wątpliwości, że przenikliwość refleksji, jaką odnośnie świętowania przekazał nam Josef Pieper, posiada walor wysoce motywujący do tego, aby świętowania niedzieli nie traktować jako przymusowego nieróbstwa, które narzuca nam jakaś mało zrozumiała tradycja. Nie traktować go też jako zmarnowanego czasu, mogącego inaczej dostarczyć wymiernych profitów. Świętowanie niedzieli to prawdziwa inwestycja, ponieważ daje nam ono namiastkę udziału w tym, co stanowi ostateczny cel naszego życia. Świętowanie niedzieli jest więc swoistym lakmusowym papierkiem naszej wiary. Powszechności niedzielnego handlu w Polsce jesteśmy sobie sami jako społeczeństwo winni, a załatwianie tego problemu ustawą jest raczej wyrazem słabości a nie siły. Nikomu bowiem nie opłacałoby się otwierać sklepów, gdyby wiedział, że nikt na zakupy nie przyjdzie. Niedzielne zakupy uzasadniamy często brakiem czasu, nadmiarem pracy w tygodniu. W każdym zawodzie o sukcesie decyduje dobre planowanie. Tak samo rzecz się ma w tym przypadku – jeśli zaufamy Panu Bogu i dobrze dla Jego chwały zaplanujemy zakupy w tygodniu, to z pewnością dzięki Jego błogosławieństwu znajdzie się czas na wszystko. ,,Szukajcie najpierw królestwa Bożego, a reszta będzie wam przydana” (Mt 6, 33).

Czyżby wszystkiemu winna była Christianitas?

Chyba wszyscy zdążyli się już przekonać, że współczesna rzeczywistość kościelna nie przypomina niczym jednoznaczności i niepodważalności nauczania, tak charakterystycznego dla Kościoła sprzed trzydziestu lat. Szczególnie w Polsce zdecydowany głos św. Jana Pawła II, kształtujący przestrzeń wolności w kontraście do komunistycznego reżimu, utwierdzał w przekonaniu, że Kościół mówi zawsze jednym i niewzruszalnym głosem, posiadającym wręcz status tuba Dei, czyli nieomylnie obwieszczającym o Boskich prawdach, które każdy zobowiązany jest z uniżeniem przyjąć. Dziś jednak z tej atmosfery niewiele pozostało, bo Kościół współczesny to Kościół otwartej polemiki, gdzie z różnych środowisk słyszy się skrajnie różne opinie w kwestiach, które ongiś uchodziły za objawione i dlatego niepodważalne. Czy to źle? Hmm, zależy jak na to popatrzeć.

Na pewno jest to sytuacja trudna dla tych, którzy przywykli do pokornego słuchania i organizowania sobie w Kościele własnej strefy komfortu, kiedy wszystko stanie się jasne i gdzie ewangelizowanie ograniczy się do machania szabelką i wyzywania od heretyków tych, którzy mają odwagę stawiać niewygodne pytania. Bezpośrednią motywacją do popełnienia niniejszego wpisu jest tekst o. Kaspera Kapronia OFM, zatytułowany Tylko radykalna reforma zaradzi kryzysowi powołań. Choć temat kryzysu powołań w Polsce chyba już został na wszystkie sposoby przewałkowany, to jednak zachęca on autora do poczynienia kilku bardzo istotnych i głębokich, choć miejscami kontrowersyjnych uwag na temat kondycji współczesnego Kościoła. Za głębie spojrzenia należy się pełen szacunek, jednak z postawionymi diagnozami nie można się w moim odczuciu zgodzić, wobec czego w moim obecnym wpisie poddam je wnikliwej krytyce.

W centrum całej kontrowersji staje pojęcie Christianitas. O. Kaproń wprowadza to pojęcie, kiedy słusznie zauważa, że obecne czasy stanowią moment, jak to określa, ,,zmian epokowych”, które wymagają radykalnej reformy Kościoła. Zwłaszcza w kontekście ujawnionych w ostatnich dniach skandali z taką diagnozą rzeczywiście trudno się jest nie zgodzić.  Mój zdecydowany sprzeciw budzi jednak o. Kapronia rozumienie Christianitas. Twierdzi on bowiem, że jako Christianitas rozumieć należy pewną historycznie uwarunkowaną postać Kościoła, ,,kiedy to Kościół identyfikował się ze społeczeństwem, które składało się w zdecydowanej większości z ludzi ochrzczonych. Kościelna instytucja determinowała wówczas całość porządku społecznego, politycznego, kulturowego, prawnego i moralnego”. I teraz teza najważniejsza: ,,Sobór Watykański skończył z Christianitas i otworzył Kościół na nową rzeczywistość”. W pierwszym podejściu takie postawienie sprawy może być odczytane jako całkowita dyskredytacja Christianitas, co prowadziłoby do zanegowania jego dziedzictwa i byłoby dla chlubnych kart historii Kościoła wysoce niesprawiedliwe i krzywdzące. Nie ulega wątpliwości, że taka teza byłaby ze wszech miar nie do przyjęcia. O. Kaproń tak daleko jednak nie idzie i prezentuje dużo bardziej przemyślane podejście, mówiąc: ,,Nie chcę przez to stwierdzić, że modele te były złe – kiedyś się wyśmienicie sprawdzały, dzisiaj są jednak nieadekwatne do współczesności”.

I to jest sensowna wypowiedź zwłaszcza, że o. Kaproń używa w odniesieniu do rzeczywistości Kościoła nowatorskiego pojęcia paradygmatu. Pojęcie to chyba dziś najlepiej rozumieją filozofowie nauki dzięki pracom amerykańskiego filozofa, Thomasa Kuhna, a w szczególności dzięki jego dziełu, zatytułowanemu ,,Struktura rewolucji naukowych”. Stwierdził on bowiem, że nauka rozwija się poprzez etapy ustabilizowanych paradygmatów, oddzielonych naukowymi rewolucjami, które powstają na skutek anomalii, generowanych przez tracące swoją adekwatność paradygmaty. W moim odczuciu pomiędzy historią doktryny Kościoła a historią nauki istnieją znaczące podobieństwa. Zgadzam się więc z o. Kaproniem, że stoimy obecnie przed koniecznością zmiany paradygmatu Kościoła. Czy ma się to jednak wiązać, jak sugeruje Kaproń, z porzuceniem Christianitas?  I czy rzeczywiście Jan Paweł II i Benedykt XVI ,,zamknęli okres (czy paradygmat? [W.G]) Christianitas”?

Zanim przejdę do mojej krytyki, pozwolę się zgodzić z jeszcze jedną rzeczą, w nawet jeszcze ściślejszej postaci. Moim zdaniem to abdykacja Benedykta XVI była symbolicznym znakiem zamknięcia pewnego paradygmatu Kościoła, który nazwałbym paradygmatem potrydenckim. Paradygmaty nie zmieniają się nagle: przejście jednego w drugi wiąże ze sobą rozciągnięte w czasie pasmo burzliwych przemian. Na podobnej zasadzie jako symboliczną granicę pomiędzy antykiem a średniowieczem przyjmuje się rok 529, w którym zakończyła działalność Platońska Akademia w Konstantynopolu i powstał benedyktyński klasztor na Monte Cassino. W szczegółach to jednak dużo bardziej złożony i długotrwały proces.

I teraz czas na polemikę: Christianitas to nie paradygmat, to coś zdecydowanie więcej. O. Kaproń ewidentnie dokonuje takiego utożsamienia, w efekcie czego w jego rozumieniu Christianitas musi przeminąć. Moim zdaniem nie jest to jednak rozumienie ani pełne, ani poprawne.  Sam termin Christianitas wskazuje na bezpośrednie związki z Chrystusem, wobec czego Christianitas to czas ,,po Chrystusie”, czas Nowego Przymierza, niezależnie od tego, na jakim etapie swojej historii się znajduje i w jakim kulturowym kontekście się realizuje. Paradygmaty mogą się zmieniać, a Christianitas trwa, przyjmując jedynie różne postaci.

Aby się przekonać o słuszności takiego postrzegania Christianitas, wystarczy się choćby odwołać do samych źródeł chrześcijaństwa, czyli czasów Ojców Kościoła. Doktryna wczesnego chrześcijaństwa zrodziła się bowiem z zetknięcia się Objawienia z myślą grecką. Można powiedzieć, że racjonalność greckiego myślenia dała pierwszą konceptualną podstawę dla systematycznej ekspozycji treści Objawienia, przez co Kościół zyskał unikalne narzędzie dla racjonalnego uzasadnienia budowanej przez siebie doktryny. Grecka myśl jednak tej racjonalności nie wyczerpała i nie można zgodzić się z twierdzeniem, utrzymywanym przez wiele konserwatywnych i tradycjonalistycznych środowisk, że myśl grecka w swojej tomistycznej odsłonie w sposób pewny orzeka o niezmiennych zasadach rzeczywistości. To filozoficzny fundamentalizm w czystej postaci.

W tym momencie pojawia się istotne pytanie: czy można zatem oczekiwać, iż pojawią się pojęciowe systemy, które tę racjonalność zgłębią i pozwolą dużo głębiej wniknąć w tajemnicę Logosu? W przekonaniu znanego polskiego filozofa, kosmologa i teologa, ks. Michała Hellera, rolę tę odgrywa współczesna nauka. Pogląd ten ks. Heller najdobitniej wyraził w swoim wykładzie (lectio magistralis), który wygłosił z okazji nadania mu doktora honoris causa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie w dniu 22 kwietnia 2016 roku. Wykład ten nosi znamienny tytuł: ,,Teologia dzisiaj – detronizowanie królowej?”. W pliku pdf znajduje się na stronach od 7-9. Wszystkich gorąco zachęcam do lektury tekstu tego wykładu, ponieważ moim zdaniem precyzyjnie diagnozuje on bolączki współczesnej teologii i nakreśla konkretne perspektywy rozwiązań. Z niego też sam czerpię wiele inspiracji, dlatego zapoznanie się z nim znacznie ułatwi rozumienie proponowanych przeze mnie rozstrzygnięć. Niestety, edytor bloga niepoprawnie interpretuje link i nie można zrobić aktywnego łącza, więc aby ściągnąć tekst proszę przekopiować: upjp2.edu.pl/sites/default/files/50/88_1.pdf.

Czym więc jest Christianitas? Christianitas to nic innego jak Logos czyli czysta racjonalność, znajdująca swój wyraz w różnych pojęciowych systemach i budowanych na ich kanwie kulturach, pozwalających coraz głębiej ukazać tkwiącą w Nim Tajemnicę. Paradygmaty doktryny to z kolei różne odsłony racjonalności. Trzeba więc uważać, żeby nie pomylić Christianitas z jej paradygmatem, z jej postacią. Wtedy rzeczywiście wylejemy dziecko z kąpielą.

Spór o naturalną śmierć Najświętszej Maryi Panny

Trudno chyba znaleźć kogoś, kto nigdy nie doświadczył podchwytliwych pytań, zadawanych przez dzieci i młodzież. Problem ten spotyka nie tylko rodziców, wychowawców, nauczycieli, ale także i księży. Skoro bowiem mowa jest o sprawach najpoważniejszych, dotyczących sensu ludzkiego życia, standardy wiarygodności muszą osiągnąć szczególnie wysoki poziom. Nie ma tu miejsca na półprawdy ani na załatwiane machaniem rękami pokrętne wyjaśnienia. A na pewno już nie na szafowanie kościelnym autorytetem. Ewoluujący od kilkunastu miliardów lat Wszechświat jest dziś tak w swoich rozmiarach tak olbrzymi, że dla krytycznego umysłu młodego człowieka oczywistym wydaje się pytanie o to, jakie galaktyki mijał po drodze Pan Jezus podczas swojego Wniebowstąpienia, czy też Najświętsza Maryja Panna, gdy z ciałem i duszą była brana do nieba. Gdzie tak naprawdę jest niebo? Choć odpowiedź, że ,,u góry, ponad naszymi głowami” była może oczywista w średniowieczu w arystotelesowskim obrazie świata, to z punktu widzenia współczesnej kosmologii sprawa nie wygląda już bynajmniej tak prosto. I to czyni zadane postawione przed chwila pytanie wysoce sensownym nawet, jeżeli do czerwoności rozgrzewa skądinąd pobożnego katechetę.

Nikogo nie trzeba przekonywać, że Pismo Święte milczy w kwestii galaktycznych trajektorii Jezusa i Maryi, milczy ono również w kwestiach dużo bardziej fundamentalnych, to jest końca jej ziemskiego życia oraz samego faktu Wniebowzięcia. Z racji niezwykle szczególnej roli Maryi w dziele zbawienia kwestie te głęboko absorbowały uwagę Ojców Kościoła, powstało też w tej materii wiele legend i opowieści. Na postać Maryi trzeba bowiem patrzeć całościowo, a próbując uchwycić teologiczny sens jej egzystencji, nie można również pominąć innych kluczowych kwestii, dotyczących jej życia takich, jak chociażby Niepokalane Poczęcie. Bez wchodzenia w większe szczegóły widać od razu, że mamy tutaj do czynienia z postacią, która dla realizacji Bożego planu zbawienia została uchroniona od wspólnej wszystkim nam ludziom kondycji niedoskonałości od poczęcia do kresu ziemskiego życia.

Rozwój maryjnej doktryny Kościoła wyznaczony jest przez dogmatyczną deklarację czterech podstawowych prawd. Pierwszą z nich Kościół wypracował już w czasie wielkich sporów chrystologicznych w walce z herezją nestorianizmu, którą potępił Ekumeniczny Sobór w Efezie w 431 roku. Chodziło bowiem o stwierdzenie, że Chrystus był Bogiem od momentu narodzenia, w efekcie czego Maryja rzeczywiście była Bożą Rodzicielką (gr. theotokos). Drugi ważny moment to dziewictwo Maryi, rozumiane w trzech sensach: przed narodzeniem Chrystusa (ante partum), w trakcie Jego narodzin (in partu) oraz po narodzinach (post partum). Głównie akcentuje się tutaj fakt, że Jezus został w łonie Maryi poczęty mocą Ducha Świętego bez udziału męskiego nasienia oraz że jej  dziewictwo nie zostało naruszone w trakcie narodzin Chrystusa. Potoczne stwierdzenie, że ,,młyny św. Piotra mielą powoli” znajdują swoje szczególne uzasadnienie w niebywale długim czasie, jaki upłynął od początku chrześcijaństwa do ogłoszenia dwóch ostatnich maryjnych dogmatów: o Niepokalanym Poczęciu (Pius IX, 1854) i o Wniebowzięciu (Pius XII, 1950). Tyle bowiem czasu Kościół bowiem potrzebował, aby dokładnie przemyśleć i przebadać, czy te dwa fakty oficjalnie zakwalifikować można do depozytu wiary.

Definiując w Konstytucji Apostolskiej ,,Munificentissimus Deus” dogmat o Wniebowzięciu Pius XII orzekł, że do depozytu wiary przynależy fakt wzięcia Maryi z duszą i ciałem do nieba bo zakończeniu jej ziemskiego życiaOrzeczenie to nie implikuje jednak, czy Maryja doświadczyła fizycznej śmierci, przez jaka przejść musi każdy człowiek na końcu swojej ziemskiej drogi. Innymi słowy, kwestia ta nadal pozostaje otwarta i do dziś stanowi przedmiot teologicznych sporów. Rzecz jest o tyle ciekawa, że można ją traktować jako pole do dalszego rozwoju doktryny, prowadzące być może kiedyś w przyszłości do bardziej zdecydowanego stanowiska Magisterium Kościoła, podobnie jak ostatnio takie stanowisko zajął w kwestii kary śmierci Papież Franciszek, finalizując je oficjalną korektą do treści Katechizmu Kościoła Katolickiego. Na pewnym etapie refleksji Magisterium może bowiem uznać, że pogłębienie wiedzy antropologicznej, wynikające z rozwoju współczesnej nauki i teologii, stanowi dostateczną podstawę, aby zaproponować rozstrzygnięcie sporu o fizyczną śmierć Maryi.

Na dzień dzisiejszy tak wśród teologów jak i w powszechnym rozumieniu przeważa opinia, że u końcu swojego ziemskiego życia Maryja rzeczywiście zmarła śmiercią naturalną. Opinia ta motywowana jest wielowiekową tradycją, która szczególnie żywa jest w Kościele Wschodnim, gdzie mówi się wprost o Zaśnięciu Najświętszej Maryi Panny. Jako podstawowe źródło podaje się tutaj dokument z czwartego wieku, zatytułowany ,,Św. Jana Teologa opis zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny”. Śmierć Maryi jest wzmiankowana w pracach takich Ojców Kościoła jak Orygenes, Św. Augustyn, Św. Hieronim i Św. Jan Damasceński. Współcześnie o śmierci Maryi mówił między innymi Św. Jan Paweł II w katechezie z 1997 roku, zatytułowanej ,,Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny”. Teologiczna argumentacja z reguły odwołuje się do stwierdzenia, że z racji wolności Maryi od grzechu pierworodnego i osobistych grzechów, jej śmierć nie była karą za grzechy, ale wynikała z ogólnej naturalnej śmiertelności ciała, której również poddał się jej Syn, Jezus Chrystus.

Gdzie zatem można szukać doprecyzowań i pogłębień, które mogłyby rzucić nowe światło na kwestię fizycznej śmierci Maryi? Chciałbym tu wspomnieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze: grzech pierworodny. W obliczu przyjęcia przez naukę teorii ewolucji jako najbardziej adekwatnego scenariusza powstania życia na Ziemi a także na kanwie historyczno-krytycznych badań Księgi Rodzaju trwa dziś szeroko zakrojona debata teologiczna nad możliwą reinterpretacją doktryny o grzechu pierworodnym. Podstawowe zadawane w tej materii pytanie brzmi, czy da się dalej utrzymać literalność opisu upadku Adama oraz zaciągniętej przez niego winy, która w swoich skutkach przenosi się dziedzicznie na wszystkich jego potomków? Czy nie jest przypadkiem jednak tak, że grzech pierworodny jest jedynie metaforą ludzkiej niedoskonałości jako stworzenia? Gdyby rzeczywiście tak się okazało, byłby to bardzo znaczący przypadek rozwoju doktryny zgodnie ze wspominanym już przeze mnie w pierwszym poście wskazaniem Św. Jana Pawła II, że nauka powinna oczyszczać religię z błędu i przesądu. Nie ulega wątpliwości, że w takiej sytuacji zupełnie inaczej należałoby spojrzeć na Niepokalane Poczęcie, które mogłoby również uzyskać dużo głębsze teologiczne ufundowanie.

I rzecz druga to sama definicja śmierci, która w powszechnym użyciu bazuje na przednaukowej antropologii, widzącej człowieka jako kompozyt duszy i ciała. Śmierć wygląda wówczas bardzo prosto: oddzielenie duszy od ciała. Z tego też dokładnie powodu mówimy, że ktoś, kto umarł, oddał ducha. Dynamicznie rozwijające się współcześnie nauki kognitywne czynią pojęcie duszy coraz bardziej problematycznym, ponieważ klasycznie przypisywane ludzkiej duszy władze wolnej woli oraz rozumu przypisuje się już dzisiaj czynnościom neuronalnych struktur mózgu. Nie mamy dziś żadnej sensownej koncepcji, jak radzić sobie ze zrozumieniem śmierci, gdyby przyszło rozstać się nam z pojęciem duszy i zastąpić ją jakimś naukowo lepiej uzasadnionym elementem ludzkiej natury, który przeżywałby fizyczną śmierć. I jak wtedy pojąć kwestię Zaśnięcia Maryi? Być może właśnie lepiej będzie stwierdzić, że śmierci fizycznej w ogóle nie doświadczyła.

Drogi Czytelniku, jeżeli teraz stwierdziłeś, że twoja wiara chwieje się w posadach, to dobrze. Być może właśnie po raz pierwszy stanąłeś przed Tajemnicą i zobaczyłeś, że można w teologii dalej zadawać sensowne pytania i jak nieskończona jet treść Bożych tajemnic. Teologia wpada w wiraże. Zamiast zestawu katechizmowych regułek do zapamiętania doświadczyłeś, że na wiarę i jej treść można spojrzeć inaczej, można ,,wypłynąć na głębię”.

Kara śmierci, twierdzenie Pitagorasa i rozwój doktryny

Nie minęło nawet dwa tygodnie, od momentu, kiedy założyłem bloga, zatytułowanego ,,Teologia na wirażu”, i teologia rzeczywiście na wirażu się znalazła. A nawet więcej: zawisła nad nią kara śmierci. To chyba jednak wystarczająca motywacja, aby poświęcić małą chwilę komentarza temu, co znów podczas upalnego lata rozgrzewa czujnych komentatorów kościelnej rzeczywistości. Rzecz wygląda poważnie, ponieważ Ojciec Święty Franciszek zlecił korektę do jednego z artykułów Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym zmianie ulega stanowisko Kościoła w kwestii kary śmierci. Katechizm orzeka teraz jednoznacznie: kara śmierci jest niezgodna z Ewangelią. Innymi słowy, kara śmierci i Objawienie wykluczają się co oznacza, że wykonywanie kary śmierci jest z wolą Pana Boga sprzeczne.

Łatwo teraz więc wpaść w następującą aporię: jak to jest możliwe, że coś, co Kościół uznawał przez wieki za legalne, nagle staje się nielegalne? Intuicja podpowiada przecież,  że nie ma dwóch prawd: nie może stać się nieprawdą to, co dotychczas prawdą było. Tego typu upraszczające myślenie prowadzi niestety do prób oskarżenia Stolicy Apostolskiej o niszczenie doktrynalnej tradycji czy wręcz herezję. W moim odczuciu jest to sytuacja trudna ale i  ciekawa, ponieważ rzucone zostaje tutaj wyzwanie potocznym intuicjom, dotyczącym sensu teologicznych sformułowań. A jak wiadomo, intuicje mogą być jedynie dobrym początkiem, a nie drogowskazem na drodze do prawdy.  O chwiejności intuicyjnego podejścia w tej materii przekonały już wystarczająco osiągnięcia XX-wiecznej teologii oraz orzeczenia Soboru Watykańskiego II (Konstytucja o Objawieniu Dei Verbum).

W tym wpisie będę miał również okazję odpowiedzieć komentatorom mojego uprzedniego postu o przyczynach kryzysu powołań. Pytano w nim bowiem, dlaczego jako ksiądz odprawiający Mszę trydencką, którego ,,defaultowo” kojarzy się z teologicznym konserwatyzmem Sumy Św. Tomasza oraz antymodernistycznej przysięgi Św. Piusa X, sięgam do takich awangardowych teologów, jak Edward Schillebeeckx czy Karl Rahner. Powody takiego stanu rzeczy wyłuszczyłem szczegółowo w rozmowie, którą wraz z ks. Damianem Wąskiem przeprowadziliśmy latem rok temu (też było gorąco) dla portalu DEON z zamiarem odparcia głośnego oskarżenia o herezję, jakie pod adresem generała jezuitów zupełnie bezpodstawnie sformułował polski teolog, ks. prof. Paweł Bortkiewicz. Argumentacja przez nas zastosowana wyjęta została wprost z kluczowych prac tych teologów. Wykorzystam ją również i obecnie w celu rzucenia szerszego światła i nadania sensu doktrynalnej korekcie Franciszka. Przed dalszą lekturą wpisu zachęcam jednak gorąco do przypomnienia naszych racji we wspomnianej rozmowie, którą można znaleźć pod następującym linkiem:

https://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,3819,w-obronie-generala-jezuitow-rozmowa.html

I jeszcze jedno. W moich rozważaniach nie będę się bezpośrednio rozwodził nad casusem kary śmierci, ale postaram się wskazać, dlaczego w ogóle w orzeczeniach doktrynalnych taka korekta jest możliwa i dlaczego nie implikuje ona ani zerwania z tradycją, a tym bardziej nie uprawnia do wnoszenia tak ciężkich oskarżeń, jak herezja. Licząc na uważną lekturę powyższego linku przejdę już bezpośrednio do dyskusji, dlaczego uważam, że Franciszkowa korekta spełnia warunki prawomocnego rozwoju doktryny i nie powinna z formalnego punktu widzenia budzić zastrzeżeń. Zamiast suchej teorii swoje wywody rozpocznę przykładem, wziętym z matematyki, ale na tyle prostej, że każdy sobie z tym bez problemu poradzi. To w końcu matematyka wytycza najściślejsze kryteria myślenia! Trzeba też pamiętać, że klasyczne już dziś spory teologiczne, które prowadził przykładowo św. Atanazy, nie były pobożnymi westchnieniami, ale toczyły się przy użyciu abstrakcyjnego i jak na tamte czasy wyśrubowanego aparatu pojęciowego.

W podstawówce i w średniej szkole wszyscy uczyliśmy się twierdzenia Pitagorasa i studiowaliśmy jego liczne dowody. W konsekwencji wierzymy, że twierdzenie Pitagorasa jest prawdziwe, i że w trójkącie prostokątnym kwadrat przeciwprostokątnej równa się sumie kwadratów przyprostokątnych. Nikt nam jednak dalej nie mówił, że wokół prawdziwości tego twierdzenia, a w zasadzie wokół statusu piątego postulatu geometrii Euklidesa, z którego twierdzenie to wynika, toczył się do drugiej połowy XIX wieku zagorzały spór. Pomijając obecnie jego szczegóły podsumuję go stwierdzając, że można wskazać w geometrii sytuacje, w których twierdzenie to nie obowiązuje! Jeżeli bowiem przeniesiemy się na niwę tak zwanych geometrii Riemanna, dopuszczających dowolną krzywiznę, to ważne dla płaskiej geometrii Euklidesa traci w ogólności swoją ważność i trzeba je zastąpić bardziej skomplikowaną formułą. Jeżeli kogoś już zgubiły matematyczne szczegóły, to niech jednak zauważy rzecz następującą. Przechodząc od geometrii Euklidesa do Riemanna dokonaliśmy znacznego uogólnienia, to jest, wkroczyliśmy w dużo bogatszy świat, niż ten, budowany przez średnioszkolną geometrię. Jeżeli więc próbowalibyśmy stosować w tym nowym świecie stare reguły, to szybko wyskoczylibyśmy na manowce. Mówiąc lapidarnie, rozwojowi uległa doktryna ,,geometryczna”.

Czas teraz przejść do teologii. W przytaczanym już wpisie o kryzysie powołań odwołałem się do nauczania Edwarda Schillebeeckxa i jego stwierdzenia, że w Objawieniu nie istnieje ,,nuda vox Dei” czyli ,,nagi głos Boga”. O co w tym chodzi? Objawienie jako autentyczna treść depozytu wiary nigdy nie pada w próżnię, ale zawsze posiłkuje się kulturowo uwarunkowanym ludzkim myśleniem, z zakodowanym w nim pewnym obrazem świata. Karl Rahner użył w tym kontekście metafory amalgamatu twierdząc, że związek treści objawionej z kategoriami ludzkiego umysłu, w których te treści muszą znaleźć swój wyraz, jest na tyle silny, że nigdy nie można ich dokładnie rozseparować. W tym też tkwi podstawa do prawidłowego rozumienia rozwoju doktryny. Formułowane twierdzenia doktrynalne mogą bowiem zawierać elementy, które są jedynie ludzkim narzędziem wyrazu. Wraz z rozwojem wiedzy tracą one swoja poznawczą adekwatność i podlegają eliminacji. Najlepszym przykładem tego procesu jest choćby sprawa Galileusza, w której źródło konfliktu stanowiła próba uczynienia elementem Objawienia czysto ludzkiego obrazu, jakim był geocentryczny Wszechświat.

I dokładnie taki mechanizm zadziałał jako podstawa przeformułowania stanowiska Kościoła Katolickiego w sprawie kary śmierci. Papież Franciszek uznał bowiem, że przemiany społeczne i systemowe, pozwalające na lepszą ochronę przed przestępcami niż to miało miejsce kiedyś, oraz pogłębiona refleksja nad godnością człowieka tak ubogacają nasz obraz świata, że na jego gruncie kara śmierci nie znajduje więcej swojego uzasadnienia. Nie da się ukryć, że nastąpił w tym miejscu istotny rozwój doktryny w zgodności z naszkicowanymi przeze mnie prawidłami tego rozwoju. Jeżeli chcielibyśmy jednak wskazać uprawnione obszary polemiki, to może to jedynie dotyczyć zasadności racji wskazanych przez Franciszka, a nie kwestii formalnych. Czy korzysta on w tym momencie z przywileju nieomylności? Rozstrzyganie tego typu problemów wypada jednak pozostawić bardziej szczegółowym debatom i kompetentnym w tej materii ekspertom.

Jaka lekcja płynie z podjętych w tym wpisie rozważań? Chciałbym tu wskazać na dwie rzeczy. Po pierwsze, w perspektywie decyzji Ojca Świętego Franciszka kara śmierci kwalifikuje się jako element przestarzałego porządku społecznego, który nie licuje z pogłębionym współcześnie rozumieniem natury człowieka i musi być zaniechana. Na pewno nie przynależy ona więc do depozytu wiary. W moim odczuciu w tym całym wydarzeniu liczy się jednak coś innego: Franciszek daje w ten sposób do zrozumienia, że doktryna nie jest zastygłym monolitem, ale posiada charakter dynamiczny, tworzący właściwą przestrzeń dla działania Ducha Świętego, który cały czas prowadzi nas ku pełni Prawdy, czyli ku Bogu. W takiej optyce wiara nie redukuje się do ślepej akceptacji zestawu doktrynalnych twierdzeń, ale jest dynamicznym procesem odkrywania Boskiej tajemnicy. I rzecz druga: hermeneutyka ciągłości. Ewidentnie w doktrynie coś odeszło, coś zostało zaniechane, czyli doszło do zerwania, ale depozyt wiary pozostał. Czy nie jest więc tak, że na rozwój doktryny powinniśmy popatrzeć szerzej? Czy nie angażuje on hermeneutyki ciągłości i hermeneutyki zerwania jako dwóch komplementarnych składowych jednego procesu, w którym zmienne jest to, co ludzkie,  a trwałe to, co Boskie? To powinno znacznie ułatwić bezpieczne wychodzenie z teologicznych wiraży.

 

Mundial contra teologia

Mało komu chyba przyszłoby do głowy, żeby na przełomie czerwca i lipca tego wybierać się do Rosji w innym celu, niż na mundial. Okazuje się jednak, że Moskwa i okolice przyciągały nie tylko futbolem, ale również możliwością studiowania teologii. Dla wielu z pewnością zabrzmi to jak absurd, ale znaleźli się w Rosji tacy, co poświęcili dwa tygodnie swoich wakacji i zapłacili pieniądze po to, aby uczestniczyć w letniej szkole teologii, zorganizowanej przez Biblijno-Teologiczny Instytut św. Andrzeja w Moskwie (www.standrews.ru). O historii instytutu można poczytać sobie na podanym portalu, więc nie będę tych informacji powtarzać. Jest też podstrona po angielsku, aczkolwiek dość mocno okrojona.

Chęć studiowania teologii to ważny zwiastun potrzeby bardziej racjonalnego podejścia do wiary, niż tylko powszechnie serwowana nam pobożność sentymentalno – dewocyjna. W tym też chyba tkwi panaceum na nasz post-chrześcijański świat, w którym tak mało mówi się o potrzebie poznania Boga. I to nie poznania w postaci zestawu twierdzeń katechetycznych, które wkute na pamięć znaczą niewiele więcej niż twierdzenie Pitagorasa.  Zagłębianie się w teologię pozwala zauważyć, że każda odkryta prawda zawsze odsyła dalej, nigdy nie stanowi jakiejś na zawsze zamkniętej i wyjaśnionej rzeczywistości. Nie zatrzymuje na sobie, ale otwiera nowe przestrzenie dociekań i zachwytu, dzięki którym buduje się niezwykła relacja z Bogiem, poznawalnym ale w swej nieskończoności nigdy nie przeniknionym. To z kolei uczy pokory, że nie stajemy się właścicielami czy też zarządcami prawdy, ale się tylko odrobinę do niej przybliżamy.

W takim też duchu do byłego podmoskiewskiego pionierskiego łagru, zaadaptowanego na ośrodek wypoczynkowy, zjechało się około czterdziestu osób aby spróbować choć trochę głębiej swoją myślą przeniknąć Boską istotę. Pomimo adaptacji, łagier ten utrzymał w znacznej większości swoją dawną sowiecką atmosferę, o czym najlepiej świadczy choćby pilnie strzeżona brama wjazdowa, do której prowadzi niczym nie oznakowana droga przez las. Jak to się za mną zatrzasnęło, to dopiero po paru dniach jakoś udało mi się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Komuna musi w tych ludziach siedzieć jednak zbyt dobrze, że im taka sceneria nie przeszkadza.

Słuchacze a także wykładowcy szkoły stanowili barwną, wielowyznaniową grupę, dającą wyjątkową szansę do zderzenia swoich przekonań z innymi tradycjami religijnymi, takimi jak na przykład prawosławie czy luteranizm. Gdy wszystkich po prostu szczerze interesuje Bóg, podziały wydają się być naprawdę mało znaczące, choć niektóre kwestie doktrynalne wywołują niejednokrotnie ożywione dyskusje. W atmosferze wzajemnego szacunku łatwiej jest dostrzec to co łączy, a nie to co dzieli. I co najważniejsze, racjonalność debaty tworzy szczególną przestrzeń działania Ducha świętego i ewangelizacji, Ducha, który choć ,,wieje, kędy chce” to jednak zawsze prowadzi nas do prawdy.

 

Tematyka wykładów prowadzonych w ramach tegorocznej szkoły była bardzo szeroka: od zagadnień systematycznych w teologii, takich jak przykładowo teologia stworzenia, teologia Nowego Testamentu czy teologia kultury aż do kwestii bardziej nowoczesnych, dotyczących dialogu chrześcijaństwa z innymi religiami. Niemniej nowoczesnym był również prowadzony przeze mnie wykład z teologii ewolucyjnej, która stanowi próbę przebudowania klasycznej ekspresji teologicznej, osadzonej przykładowo w filozofii tomistycznej, na teologię, która za swoją konceptualną podstawę przyjmuje ewolucyjny obraz świata, zgodny z osiągnięciami współczesnej teorii ewolucji oraz kosmologii. Sporo się tam zmienia! I co więcej, rodzi się na tej niwie nieśmiałe pytanie o to, czy przyjmowane przez nas powszechnie doktrynalne sformułowania nie powinny zostać poddane weryfikacji i reinterpretacji. Istnieje w moim odczuciu uzasadniona obawa, że dziś nadal wierzymy w wiele mitów. A Jan Paweł II nawoływał wyraźnie, co zresztą przytaczałem już we wpisie inauguracyjnym: nauka może oczyścić religię z błędów i przesądów; religia może oczyścić naukę z idolatrii i fałszywych absolutów”. Teologią ewolucyjną zajmę się również na tym blogu, więc zapraszam do regularnego zaglądania i czytania. Czyż przedmiotem religii nie powinna być prawda?

 

Ad vocem w kryzysie powołań: dwa niedostrzeżone problemy

Jakiś czas temu na portalu deon.pl ukazał się dość znamienny artykuł, zatytułowany: ,,Teolog w każdej parafii? Przydałby się”. Pełny tekst można znaleźć pod następującym linkiem:

https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,3289,teolog-w-kazdej-parafii-przydalby-sie.html

I choć we współczesnym Kościele wiele rzeczy nie jest już mnie w stanie zaskoczyć, to ta, muszę powiedzieć, wywołała u mnie niemałą konsternację. Zanim jednak uświadomiłem sobie do końca w czym rzecz, to szybko znalazłem wśród komentatorów sprzymierzeńca, który nie zawahał się postawić prostego pytania. A gdzie ksiądz? Czy to właśnie nie ksiądz powinien pełnić w parafii posługę teologa? To on przecież już dziś z zasady ma ukończone studia teologiczne z tytułem magistra teologii. Kto w końcu jak nie ksiądz ma się znać na tym, co robi? Oczywiście wielu odpowie, że ksiądz już wszystko wie, a zresztą to ma tyle obowiązków w parafii: śluby, pogrzeby, Biuro Radia Maryja, kancelaria, plus jakiś uparty organista co zamiast śpiewać, to dobrze gra. Owszem to jest ważne, ale czy na tym misja księdza we wspólnocie się kończy?

Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że postulat teologa w parafii jako dodatku do księdza zdradza symptomy znacznie głębszego problemu. Nie bardzo sobie wyobrażam, żeby jakikolwiek prawnik był dobrym adwokatem, jeżeli nie orientowałby się na bieżąco w najnowszych nowelizacjach przepisów prawnych. Trudno też mówić o dobrym lekarzu, który nie interesuje się aktualnymi osiągnięciami medycyny tak, aby swoim pacjentom aplikować najlepsze terapie. Wszystkim dobrym fachowcom w swoich dziedzinach towarzyszy pasja odkrywania, poszerzania horyzontów możliwości i nieustannego kształcenia się. I teraz jest całe clue programu: jeśli swój zawód wykonują z pasją, to wówczas stają się zaraźliwi, gromadząc wokół siebie młodych adeptów sztuki, którzy chcą stać się takimi jak oni, aspirują do grona najlepszych. Na tym dokładnie polega ideał mistrza: tego, który sam zgłębiając tajemnicę, podpowiada, jak można to robić.

Sądzę, że wielu może już zacząć wyczuwać, do czego zmierzam. Wniosek jest prosty: jeśli ksiądz nie jest choć trochę teologiem, to nie ma się co łudzić, że będą powołania. Jeśli młodzi ludzie wyczują, że księża nie interesują się tym, czym się z natury rzeczy interesować powinni, czyli Panem Bogiem, to żadna relacja mistrz – uczeń się nie nawiąże. Przewaga księdza jako teologa nad świeckim teologiem nie pozostawia przecież wątpliwości: ksiądz sakramentalnie urzeczywistnia to, o czym świecki może tylko opowiadać. To tak jakby zestawić muzyka z muzykologiem.  Owszem, nawet bez teologicznie zaangażowanego kapłana powołania może generować sama przestrzeń łaski, jaką tworzy liturgia oraz świadectwo wiary rodziny czy parafii, ale mistrza nikt jednak nie zastąpi. Na pewno źródłem powołań nie stanie się dziś ksiądz – polityk, robiący z ambony tubę dla partyjnej agitki. Takiego młodzież ominie długim łukiem albo w ogóle odejdzie z Kościoła jako niewiarygodnej instytucji, co zamieniła misję przepowiadania na narzędzie promocji jakichś partykularnych interesów.

I jeszcze jedno, kto wie czy nie najważniejsze. Teologia to nie intelektualna łamigłówka (choć też coś z tego ma), ale przede wszystkim wiara, że Ten, o którym usiłuję rozprawiać, rzeczywiście istnieje i nadaje sens mojemu życiu. Inaczej teologia staje się pustosłowiem i nijak nie przylegającą do świata mitologią. Studiowanie teologii pozwala wiarę zdecydowanie ożywić, relacja z Bogiem znacznie się pogłębia, jeżeli Go lepiej poznamy. Tak zresztą, jak z każdym człowiekiem. Do tego jeszcze dochodzi osobista modlitwa księdza, ale to już zostawiam, wylano na ten temat morze atramentu i sprawa jest chyba oczywista.

I teraz moja centralna teza: kryzys powołań to przede wszystkim kryzys wiary. Można próbować bronić się niżem demograficznym, niedojrzałością w podejmowaniu decyzji, złym wpływem świata, ale to ewidentnie nie wystarcza. Liczba powołań spada, bo w młodym pokoleniu słabnie wiara. A młodzi ludzie chcą być autentyczni: nie pójdą do seminarium, żeby żyć z głoszenia tego, w co nie wierzą. Próbując zatem doszukać się przyczyn kryzysu powołań, trzeba przede wszystkim dobrze namierzyć przyczyny kryzysu wiary. I to jest najtrudniejsze, bo w tym momencie nie da się już palcami wskazywać na winnych z zewnątrz, tylko trzeba zacząć patrzeć na siebie.

Przejdę więc już bezpośrednio wskazania dwóch, moim zdaniem, mało zauważanych dzisiaj powodów, dlaczego szczególnie wśród młodzieży postawa wiary przegrywa z tym, co oferuje świat. Obydwa te powody same w sobie stanowią głębokie i trudne problemy teologiczne, więc dam jedynie radę skrótowo nakreślić ich specyfikę. Ktoś może powiedzieć, że postępuję wybiórczo. I ma tutaj absolutną rację, ale zwrócenie uwagi akurat na te a nie inne kwestie wynika z moich osobistych naukowych i duszpasterskich zainteresowań. O wadze tych kwestii – niezależnie od tego, co mi bliskie a co dalekie – postaram się teraz bardziej szczegółowo czytelników przekonać.

A więc do dzieła. Pierwszy wybrany przeze mnie powód chciałbym zaanonsować przytaczając stwierdzenie znanego holenderskiego teologa, Edwarda Schillebeecxa OP, że nie istnieje coś takiego jak nuda vox Dei. Dał on w tym stwierdzeniu wyraz jednej z najbardziej istotnych cech języka teologii, jakim jest jego kontekstualność. O co w tym chodzi? ,,Nuda vox Dei”, czyli ,,nagi głos Boga” oznaczałby, że w swoim objawieniu Pan Bóg przemawia do nas dyktując nam prawdy wiary ,,wprost do ucha”. Współczesna teologia pokazała jednak dość wyraźnie nieadekwatność takiej koncepcji twierdząc, że każde sformułowanie teologiczne koduje w sobie nasze wyobrażenie o świecie, które staje się nośnikiem tego, co objawione. Innymi słowy, nie można zupełnie ,,wydestylować” sensu objawienia w czystej postaci, zawsze pozostanie ono uwikłane w to, co ludzkie, czyli w język.

W tym kryje się olbrzymi potencjał teologii, ponieważ ma ona unikalną możliwość stałego aktualizowania angażowanego w swoje wypowiedzi obrazu świata zgodnie z osiągnięciami nauki takich, jak przykładowo teoria ewolucji. I co w tym najważniejsze – język świata pozostaje wtedy językiem wiary, czyniąc jednocześnie świat nośnikiem nadprzyrodzonego sensu. Jeśli natomiast tej korekty się nie dokona, to teologia – a co za tym idzie i katecheza i ambona – bardzo szybko zagubią swoją semantyczną nośność, bo ich przestarzały język nie będzie przywoływał jakichkolwiek zrozumiałych znaczeń i nic o Panu Bogu nie powie. Efektem takiego zaniedbania jest rozłam pomiędzy wiarą i światem i nieuchronny konflikt wiary z rozumem. Trudno się potem dziwić, że intelektualnym guru młodych ludzi staje się Daniel Dennett. Sam też go zresztą chętnie czytam.

Drugi problem teologiczny, który w moim odczuciu może istotnie dokładać się do zaniku wiary, to problem liturgii. I nie chodzi tu wcale do końca czy jest to ryt wschodni czy zachodni, trydencki czy posoborowy. Ważne jest jedno: liturgia wtedy będzie ożywcza dla wiary, jeżeli przeniesie jej uczestnika w inną rzeczywistość, rzeczywistość nadprzyrodzoną. Jeżeli otworzy go na Absolut. Niestety współczesna praktyka liturgiczna Kościoła pozostawia w tym względzie nieco do życzenia, ponieważ zbyt często oferuje nam liturgię przegadaną i zbanalizowaną, w której wychylenie ku transcendencji zastępuje się nadmierną kreatywnością kapłana i autocelebracją wspólnoty. Skupiając swoją uwagę na nim i jego spontaniczności, liturgia taka nie wyprowadza uczestnika poza obręb zgromadzenia ku transcendencji, każąc poszukiwać mu jedynie wewnętrznych punktów odniesienia. Jeżeli do tego dołoży się jeszcze polityczny wiec, to lepiej już nie pytać, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na wiarę.

Może wbrew oczekiwaniom nie będę robił żadnych podsumowań. W ich miejsce dla lepszego uchwycenia problemu liturgii pozwolę sobie odwołać się do kontrastu idola i ikony, zaproponowanego przez znanego francuskiego filozofa, Jeana-Luc Mariona. W swojej pracy Bóg bez bycia pisze on tak:

Idol fascynuje i przykuwa spojrzenie, ponieważ nie ma w nim niczego, co nie powinno być wystawione na spojrzenie, przyciągać, przepełnić i zatrzymywać spojrzenie.

Ikona natomiast próbuje czynić widzialnym niewidzialne jako takie, a więc pozwala, aby widzialne nie przestawało odsyłać do czegoś innego niż ono samo i aby jednocześnie owo inne nigdy nie uległo odtworzeniu w widzialnym.  … Ikona wzywa spojrzenie do przechodzenia samego siebie i niekrzepnięcia nigdy na czymś widzialnym, ponieważ widzialne występuje tu tylko ze względu na niewidzialne.

Mało oryginalny początek

Szczęść Boże,

Jakoś naszło mnie ostatnimi czasy,  żeby powrócić do pisania bloga. Kiedyś już coś takiego robiłem, co miało dość enigmatyczną nazwę TK SDK.  Strzępy tego materiału gdzieś są jeszcze dostępne na sieci ale chyba nic tam specjalnie ciekawego nie ma. Wiele od tego czasu się zmieniło, przede wszystkim w moim myśleniu. Jakoś dziwnie zacząłem się zgadzać z powtarzanym często przez Leszka Kołakowskiego określeniem czasów,  w których przyszło nam żyć jako post-chrześcijańskich. Choć zgadzam się z tą diagnozą, to jednak nie zgadzam się z tym, że to można po prostu tak zostawić. Chrześcijaństwo ma wielką szansę, tylko trzeba to umiejętnie z powrotem wydobyć. Temu też chciałbym poświęcić moją publikowaną tu pisarską działalność.

Nie mam też zamiaru budować bez fundamentu, albo próbować tworzyć coś z niczego. Pierwszym kluczowym dla mnie drogowskazem jest przypisywane Bernardowi z Chartres (nie mylić ze św. Bernardem z Clairvaux) stwierdzenie, że ,,jesteśmy jak karły, które wspinają się na ramiona gigantów, by widzieć więcej od nich i dalej sięgać wzrokiem, i to nie za sprawą bystrości swojego wzroku, czy wysokości ciała, lecz dzięki temu, że wspinamy się w górę i wznosimy na wysokość gigantów”. Drugim drogowskazem, wyjaśniającym de facto dlaczego zatytułowałem ten blog Teologia na wirażu jest w moim odczuciu bardzo prorocze stwierdzenie św. Jana Pawła II, zawarte w jego liście do dyrektora Watykańskiego Obserwatorium, George’a Coyne’a SJ. Pełny tekst listu, do lektury którego wszystkich gorąco zachęcam, można znaleźć pod linkiem:

https://www.obi.opoka.org.pl/zfn/012/zfn01201JanPawel.pdf?id=7506.

Papież skonstatował w nim, że ,, nauka może oczyścić religię z błędów i przesądów; religia może oczyścić naukę z idolatrii i fałszywych absolutów”. Wirażowanie w teologii będzie więc próbą pokazania, co w teologii jest prawdą, w którą jesteśmy zobowiązani wierzyć, a co jest jedynie naszym ludzkim wytworem. Największa tragedia wydarza się bowiem wtedy, gdy to, co ludzkie, zaczynamy traktować jak to, co boskie. Stajemy się wówczas bałwochwalcami. Powyższy wyjątek z Jana Pawła II podpowiada też wyraźnie, że centralną rolę w prowadzonych rozważaniach odgrywać będzie nauka. W ten sposób pragnę pozostać wierny nie tylko Księdze Pisma, ale również Księdze Natury, w której Bóg zawarł zamysł swojego stworzenia. Czytam ją od wielu lat z nie mniejszym zapałem, niż Biblię.  Jeśli chodzi o Biblię natomiast, to ostatnio najbardziej inspiruje mnie przypowieść o pszenicznym ziarnie (J 12, 24): ,,Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”. Jeżeli bowiem nie obumrzemy dla tego, co ludzkie, to nigdy nie odsłoni nam się to, co boskie. Przypowieść ta nawołuje nas do porzucenia naszych myślowych stref komfortu, do wyjścia z religijnego myślenia obrazami, które może choć słodkie, idylliczne i tradycyjne, to, zwłaszcza interpretowane literalnie, pozostawiają nas w sferze baśni. Zapraszam zatem do wspólnej wycieczki na krawędzie teologii, bo tam tylko otwiera się prawdziwy horyzont Tajemnicy. To rzeczywiście można tylko wziąć wirażem.

Zachęcając do wspólnego odkrywania – a nie powtarzania do znudzenia oklepanych regułek – polecam wyjątek z kolejnego giganta myśli – Alberta Einsteina:

Najpiękniejszym, co można przeżyć, jest tajemnica. Jest to podstawowe odczucie stojące u kolebki prawdziwej sztuki i nauki. Ten, kto tego nie ma i nie potrafi się już dziwić i zdumiewać, jest, że tak powiem, martwy i ma wygasłe oczy.

U mnie wyjściówki są darmo: jak kogoś to bulwersuje, mąci w głowie lub przyprawia o zawrót głowy, zawsze można się przenieść do bezpiecznej i spokojnej laguny. Nie mam jednak do końca pewności, czy takie tutaj na Ziemi w ogóle można znaleźć.