Czy w Kanie Galilejskiej rzeczywiście wydarzył się cud?

Problemy, które nie doczekały się na czas odpowiednich rozwiązań czy też zostały przysłowiowo ,,zamiecione pod dywan”, lubią jak bumerang powracać do publicznej debaty i to niekiedy ze zwielokrotnioną mocą. Nie da się chyba dziś już ukryć, że takim problemem jest współczesna katecheza młodzieży. Głos w tej kwestii, który pragnę teraz zaprezentować, jest rozwinięciem komentarza, zamieszczonego przeze mnie pod następującym artykułem:

https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,36238,lodz-ponad-polowa-uczniow-wypisala-sie-z-lekcji-rel-.html

Owszem, masowa, jak wskazuje ten artykuł, rezygnacja z uczęszczania na katechezę może mieć przyczyny zewnętrzne, z których najczęściej wymienia się choćby niedopasowanie planu lekcji. W artykule tym pojawiła się jednak dużo bardziej zastanawiająca diagnoza, że – i tu uwaga: nieuczęszczanie na katechezę wcale nie powoduje odejścia od wiary. Po co więc katecheza, ktoś słusznie powie, skoro nie pomaga ona w określeniu się młodego człowieka jako wierzącego? Przyczyny niepopularności katechezy muszą mieć więc charakter wewnętrzny, związany z samymi treściami oraz formą ich przekazu. O przyczynach wewnętrznych mówi się zresztą dużo mniej chętnie, ponieważ wymagają one zmian od prowadzących katechezę, a nie od warunków szkoły czy też oddziaływania środowiska.

Nie jestem etatowym katechetą, ale prowadząc zajęcia dydaktyczne z filozofii – a zwłaszcza w temacie relacji pomiędzy nauką i teologią – wielokrotnie przychodzi mi się mierzyć z katechizmowymi pytaniami, zadawanymi przez studentów. I najczęściej pytania te brzmią: jak to jest, że Kościół mówi tak, a nauka mówi tak? Najgorętszy przykład to chyba grzech pierworodny: skoro człowiek wyewoluował, to nie było żadnego Adama i Ewy, więc komu mamy tutaj ufać? Czy Kościół się myli i każe nam dziś wierzyć w mity, czy to może nauka musi ustąpić przed autorytetem Kościoła? W szkołach od czasu do czasu też jednak bywam, wygłaszając najczęściej dla licealistów różne filozoficzne i naukowe pogadanki. Do ulubionych przeze mnie tematów, wzniecających nierzadko ostre dyskusje należą: ,,Czy nauka przeczy wierze?”, ,,Nauka a cuda”, ,,Czy Bóg stwarza poprzez ewolucję?”, ,,Czy Wielki Wybuch i stworzenie to to samo?”.

Po jednym z wykładów o nauce i cudach pewien młody i wyglądający na rozgarniętego człowiek wstał i zadał pytanie, którego w sumie po treści wykładu powinienem był się spodziewać. Brzmiało ono prosto: ,,Czy w Kanie rzeczywiście wydarzył się cud?”. Nie ukrywam, że coś takiego posłyszeć to dla wielu  jak grom z jasnego nieba, ponieważ jeżeli podważymy cudowność przemiany wody w wino, to upada jeden z kluczowych apologetycznych argumentów, potwierdzających bóstwo Chrystusa. Ów młodzieniec argumentował bowiem, że wodę hipotetycznie można by rozłożyć na cząstki elementarne, a z tych z kolei poskładać z powrotem dobre wino. I choć nauka dzisiaj takich rzeczy nie potrafi, to nie ma żadnych racji a priori, że nigdy to nie będzie możliwe. I wtedy rzeczywiście cudu nie ma!

Problem ten ma jednak znacznie szersze znaczenie, ponieważ stwarza istotne komplikacje przy procedurach kanonizacyjnych. Co bowiem zrobić, jeśli cud stwierdzony 200 lat temu w postaci uzdrowienia, dziś dla medycyny stanowi rutynową terapię, która gwarantuje pewność wyleczenia? Nikt przecież nie będzie detronizował świętych i błogosławionych. Teologia radzi sobie jednak z tą kwestią poprzez modyfikację definicji cudu, w której to definicji, zwanej semantyczną, za zdarzenie cudowne uznaje się takie, uznane przez jego odbiorcę czy obserwatora jako mające sens nadprzyrodzony. Uff, uratowaliśmy Kanę! Definicja ta także nie wymaga rozumienia cudu jako interwencji Boga w prawa przyrody. W takim przypadku rodziłoby się bowiem cały szereg kolejnych problemów teologicznych, które musimy niestety teraz pominąć.

Gdzie więc zatem w tej całej opowieści widać problem współczesnej katechezy? Jak sygnalizowałem w moim komentarzu, problem ten widzę w przestarzałym języku, którym się katecheza posługuje. No dobrze, ale czy język wykładu prawd wiary może się w ogóle ,,zestarzeć”? Czy raz wypowiedziane prawdy te nie są wieczne? I tutaj pojawia się istotny niuans. Owszem, nigdy nie może zestarzeć się ich nadprzyrodzony sens, ale dezaktualizuje się język, który stanowi nośnik tego sensu. Kwestię tę wielokrotnie poruszałem w moich poprzednich wpisach na blogu. Chodzi bowiem o to, że, jak podkreślał wyraźnie holenderski teolog, Edward Schillebeeckx, nie istnieje coś takiego, jak ,,nagi głos Boga”. I nie jest to bynajmniej żaden dwudziestowieczny wymysł postępowego teologa, ale wiedzieli już o tym starożytni Grecy, mówiąc, że cokolwiek jest przyjmowane, przyjmowane jest na sposób przyjmującego. Każda prawda objawiona, przekazana człowiekowi przez Boga, dociera do niego w sposób zapośredniczony przez sieć kulturowych uwarunkowań i kontekstów, w których przyszło mu na danym etapie żyć. Innymi słowy, sens Objawienia nie jest człowiekowi przez Boga bezpośrednio przedyktowany, ale dociera on do niego tylko i wyłącznie poprzez zakodowane w naturalnym języku sensy, które człowiek traktuje jako intuicyjnie oczywiste.

Jeżeli więc dany przekaz katechetyczny oprze się na poznawczych intuicjach, obcych grupie, do której jest on skierowany, to wówczas nie tylko nie przeniesie on zamierzonych treści, ale również wywoła zgrzyt, odwołując się do wyobrażeń, które przez daną grupę mogą być uznane za przestarzałe i nieadekwatne wobec aktualnego stanu wiedzy o świecie. Potraktowanie takiego zgrzytu jako argumentu przeciwko wierze szczególnie łatwo przyjdzie tym, którzy dla wsparcia swojej wiary potrzebują raczej racjonalnych, a nie pobożnościowych czy emocjonalnych przesłanek. Młodzi ludzie mają najczęściej otwarte umysły i naturalnie poszukują przekonywujących wyjaśnień i my jako katecheci oraz duszpasterze jesteśmy im tych wyjaśnień winni. Jeśli w zamian za to posłyszą na przykład od katechety, że ewolucja to wymysł diabła, albo, że ewolucja jest niemożliwa, bo nie godzi się, aby Matka Boża pochodziła od małpy, to trudno się dziwić, że następnym razem Kościół i katechezę ominą długim łukiem.

Na koniec chciałbym, żeby raz jeszcze jasne było jedno: opisany przeze mnie problem nie jest nowy, mówił o nim ponad 1500 lat temu św. Augustyn. Dlatego, Drogi Czytelniku, zanim ogłosisz swój sprzeciw, przeczytaj uważnie poniższy fragment z jego Komentarza dosłownego do Księgi Rodzaju (Ks. I, Nr 19):

Często bowiem zdarza się, że ktoś – nawet nie chrześcijanin – zna się dobrze na Ziemi, niebie oraz innych elementach świata, na ruchach i obrotach, a nawet na na wielkościach i odległościach gwiazd, na zaćmieniach Słońca i Księżyca, na porach roku i na zmianach, na naturze zwierząt, krzewów i kamieni tak, że dokładnie to rozumie lub doświadcza. Naprawdę jest rzeczą bardzo haniebną, szkodliwą i należy tego za wszelką cenę unikać, by jakiś niewierny słuchając chrześcijanina mówiącego o tych rzeczach na postawie Pisma Świętego w sposób tak niedorzeczny, że jak to się mówi, całe niebo słuchając tego z trudem może powstrzymać się od śmiechu. I nie tyle jest przykre, że wyśmiewa się błądzącego człowieka, ile że nasi autorzy, tym obcym ludziom, wydają się wierzyć w takie błędy. Jest to z wielką szkodą dla tych, o których zbawienie mamy się troszczyć, gdyż skrytykują oni i zlekceważą ich jako ignorantów. Gdy tylko przyłapią kogoś z chrześcijan na pomyłce w sprawach bardzo dobrze im znanych, a swoje próżne poglądy oprą na naszych księgach, jak będą mogli uwierzyć w zmartwychwstanie umarłych, nadzieję życia wiecznego i  królestwo niebieskie, gdy stwierdzili w naszych księgach błędy na temat rzeczy, których już mogli doświadczyć i które przyjęli na podstawie niezbitych dowodów?