Mistrzowie, klerykalizm i kościelna nuda

Istnieje z pewnością wiele kryteriów, wedle których można pogrupować nauczycieli, wykładowców i profesorów. Największą estymą cieszy się z reguły pedagog, który potrafi swoją dziedziną wiedzy tak zachwycić i zmotywować, że bardzo szybko tworzy się wokół niego grupa słuchaczy i naśladowców, pragnących być dokładnie tacy, jak on. Mówimy wówczas o kimś takim, jako o mistrzu. Z pewnością postaci takie stanęły na życiowej drodze wielu z nas i być może właśnie dlatego jesteśmy biologami, historykami, lekarzami czy też siostrami zakonnymi i księżmi. Innymi słowy chodzi o to, czy dany nauczyciel uczynił tworzony przez siebie dydaktyczny proces wspólnym wydarzeniem, do którego zaprosił studentów, czy był tylko biernym odtwórcą treści, których bezkrytycznego przyjęcia bezwzględnie wymagał, nie troszcząc się o pytania i wątpliwości, jakie mogły zrodzić się w umysłach jego słuchaczy. Zajęcia takich wykładowców często postrzegaliśmy jako nudne i mało owocne poznawczo, ponieważ z reguły były czytane monotonnym i nieprzekonującym głosem, przez co szybko układały nas do snu, nawet w niewygodnej, drewnianej szkolnej ławce. I zupełnie nie należy się temu dziwić, ponieważ współczesne badania z zakresu neurobiologii wyraźnie potwierdzają, że proces uczenia się jest tym bardziej efektywny, im bardziej aktywnie student jest w niego zaangażowany.

Na zarysowane powyżej kryterium można by zareagować wzruszając ramionami, że przecież to w zasadzie konwencja, są tacy i tacy. A przecież to nic innego, jak koloryt okresu życia, związanego z edukacją. Problem tylko w tym, że wówczas najczęściej pamięta się dziwactwa i ekscentryzmy wykładowcy, a nie treści, komunikowane w czasie zajęć. Tu potrzeba czegoś więcej. I teraz pierwsza radykalna teza: potrzeba tego, by sam wykładowca dokładnie wiedział, że niczego nie wie do końca. Nie chodzi tu bynajmniej o preferowanie niedouczonych i niekompetentnych nauczycieli, ale o wskazywanie tych, którzy mają autentyczną pasję odkrywania. Dokładnie tak rodzi się etos mistrza, który, choć wiele tajemnic odkrył, to jednak sam jest dalej na drodze i w swoje własne odkrywanie włącza również swoich wychowanków. Mistrz swój autorytet czerpie nie z tego, że został mu jakoś z zewnątrz nadany i zadekretowany, ale z tego, że ucząc innych, sam uczy się i poznaje, a przez to również popełnia błędy i potrafi się do nich przyznać. Czyż nie tak właśnie funkcjonowało i nie funkcjonuje nadal szereg wybitnych profesorów, którzy gromadzą młodych adeptów, ponieważ zapraszają ich do wspólnego stanięcia przed tajemnicą? Taka jest zresztą natura nauki: każde znaczące odkrycie stawia nowe, dużo poważniejsze wyzwania i nic nie wskazuje na to, że ktoś miałby odkryć teorię wszystkiego, która ostatecznie zaspokoiłaby wszelki poznawczy wysiłek i pozwalała zakończyć wszelkie poszukiwania.

Teraz, z tymi wnioskami, czas przenieść się w końcu na grunt kościelny i popatrzeć na szeroko eksponowaną dziś przywarę eklezjalnej rzeczywistości, jaką jest klerykalizm. Wiele pada zarzutów, oskarżeń, mało zaś widzi się merytorycznej argumentacji, pozwalającej na rzetelną identyfikację źródeł problemu i perspektyw konstruktywnej poprawy. Łatwo kogoś wysyłać na księżyc, znacznie trudniej mu jednak powiedzieć dlaczego. Obecnie spróbuję, nawiązując do naszkicowanego powyżej etosu mistrza, wskazać na jedno z mało zauważanych źródeł klerykalizmu, jakie widzę w przekonaniu, że doktrynalne wypowiedzi Kościoła stanowią ostateczne i nie wymagające nigdy żadnej reinterpretacji prawdy. W takiej postaci nauczanie to byłoby Boskim dyktandem, które należy zaakceptować jako ostateczne i na zawsze zamknięte rzeczywistości. Przekonanie to jest dość powszechne, aczkolwiek nie do końca uzasadnione. Jak już sygnalizowałem w poprzednim wpisie, widzę głębokie analogie pomiędzy rozwojem nauki i rozwojem teologii. Nauka wykształciła odpowiedni język do wniknięcia w tajniki przyrody pod powierzchnią zjawisk. Tym językiem jest matematyka. Teologia takiego jednoznacznego języka jednak nie ma, ponieważ każde sformułowanie teologiczne zawiera w sobie nieusuwalne napięcie pomiędzy skończonością języka, jako czysto ludzkiego narzędzia wyrazu, oraz nieskończonością Boga, którego istotę usiłuje uchwycić. W sensie pozytywnym teologia może posługiwać się jedynie metaforami, czyli obrazami, które w analogicznym sensie – na zasadzie podobieństwa – odsłaniają jakiś nikły rąbek Boskiej Tajemnicy.

Okazuje się jednak, że Kościół nie zawsze opowiadał się za tego typu rozumieniem teologii, zwłaszcza bezpośrednio po Soborze Trydenckim w XVI wieku. Dla Kościoła był to okres niezwykle trudny, ponieważ musiał zmierzyć się ze skutkami reformacji, które nie tylko zachwiały podstawami katolickiej doktryny, ale również znacznie nadszarpnęły jego społeczną pozycję. Ujmując rzecz w największym skrócie, teologia zawsze potrzebuje jakiegoś systemu pojęć, dla sformułowania swoich twierdzeń. Kościół Soboru Trydenckiego polegał w głównej mierze na teologii, sformułowanej w XIII wieku przez św. Tomasza z Akwinu, a ta z kolei bazowała na arystotelizmie, zmodyfikowanym przez Akwinatę. Z czasem pojawiło się również przekonanie, że tak skonstruowana filozofia w sposób pewny dociera do fundamentalnych podstaw rzeczywistości i dlatego zyskała sobie w końcu przydomek filozofii odwiecznej (łac. philosophia perennis). Użycie jej, jako języka teologii, poskutkowało więc nadaniem temu językowi statusu praktycznie całkowitej obiektywności. W rezultacie tak wyrażona doktryna – zresztą zupełnie wbrew myśli św. Tomasza – traktowała swoje twierdzenia, jako bezpośrednio i literalnie komunikujące nadprzyrodzone treści. Odbiorca objawienia pozostawał w takiej sytuacji zupełnie pasywny, co z kolei przyczyniło się do ugruntowania specyficznej koncepcji objawienia, wedle której bycie wierzącym oznacza bezkrytyczną akceptację zestawu doktrynalnych twierdzeń, jakby były wprost ,,podyktowane’’ przez Pana Boga.

Bardzo łatwo było więc zbudować wizję Kościoła nieomylnie nauczającego ex cathedra, który swój mandat nieomylności czerpał z bycia piastunem i zarządcą raz na zawsze wypowiedzianych prawd, które nie podlegają żadnej reinterpretacji, ani pogłębieniu. Nie da się ukryć, że w takiej wizji Kościół zyskuje olbrzymi autorytet, ponieważ jego głos staje się bezpośrednio czystym głosem samego Boga. Jest to z jednej strony dla Kościoła bardzo wygodne, ponieważ dostaje w swoje ręce skuteczne narzędzia do zarządzania wiernymi i kwalifikowania ich postaw wiary – bądź niewiary – w zależności od spełnienia szeregu łatwo definiowalnych warunków. Jednak z drugiej strony niesie niebezpieczeństwo tworzenia wyróżnionej i uprzywilejowanej grupy, posiadającej z góry nadany przywilej nieomylności i zasługującej z tego powodu na szczególny protektorat oraz szacunek. A stąd do klerykalizmu już tylko krok. Problem więc staje w pełnej swojej odsłonie.

Teologia dwudziestowieczna, mająca swój ważny wyraz w orzeczeniach Soboru Watykańskiego II, zaczęła powoli modyfikować ten obraz. Kwestię tę sygnalizowałem już w swoim poprzednim wpisie o karze śmierci, ale pozwolę sobie podstawowe tezy powtórzyć jeszcze raz, żeby konieczne podstawy mieć na świeżo. Wspomniana modyfikacja motywowana była w dużej mierze wpływami filozofii nowożytnej, która słusznie wyakcentowała aktywną rolę ludzkiego umysłu w procesach poznawczych. Z tego też powodu czołowi teologowie epoki, tacy jak chociażby Edward Schillebeeckx czy też Karl Rahner, argumentowali na rzecz kontekstualności języka teologii. Schillebeeckx mówił, że nie istnieje nuda vox Dei, czyli nagi głos Boga, natomiast Rahner zaproponował metaforę amalgamatu, aby pokazać, że nie da się oddzielić treści objawionych od sposobu ich wyrazu, jakie narzuca ludzki język. To z kolei czyni możliwym ewolucję doktryny chrześcijańskiej i dogmatu, ponieważ twierdzenia teologiczne można reinterpretować w momencie, gdy staną się dostępne środki wyrazu, które pozwolą znacznie głębiej wniknąć w Tajemnicę Boskiej natury. Taką perspektywę pogłębienia oferuje przede wszystkim współczesna nauka. Kontekstualność teologii bardzo ciekawie uchwycił współczesny amerykański teolog ewolucyjny, John Haught w swojej książce The Unfinished Universe (Niedokończony Wszechświat):

Depozyt wiary katolickiej nie jest gładko zaokrągloną skałą, staczającą się po korytarzach czasu, wyścielonych zmieniającymi się kulturami i fluktuującymi intelektualnymi środowiskami. Doktryna może i musi się rozwijać, jeżeli ma się stać podstawą ożywczej duchowości dla różnych okresów czasu. Istotnie, teologia zawsze była jedną z dróg, dzięki której żywe religijne tradycje walczyły o swoje przetrwanie.

Cytat ten mógłby wydawać się jedynie metaforycznie ujętą powtórką, czym jest kontekstualność języka teologii i ewolucja doktryny. Haught idzie jednak dalej, ponieważ to właśnie od tych własności teologicznego dyskursu uzależnia on jego ożywczy charakter dla kultury. Ożywczość ta wynika więc bezpośrednio z tego, czy dane teologiczne twierdzenie traktowane jest jako rzeczywistość otwarta, która z racji swego skończonego charakteru nie zatrzymuje na sobie, ale zawsze wskazuje dalej, poza siebie, podpowiadając, że za jej pośrednictwem dowiedzieliśmy się bardzo niewiele, a prawdziwa Tajemnica pozostaje nadal do odkrycia. Nie ma więc czasu na nudę i bezmyślne powtarzanie tego, co wszyscy już tyle razy słyszeli.

Łatwo teraz zauważyć, że w takiej sytuacji nauczyciela i uczniów dzieli w sumie bardzo mała odległość, a łączy wspólna droga, którą trzeba razem przebyć. Nie ma więc tutaj miejsca na wyniosłość ani pychę, na plasowanie się ponad innymi oraz tworzenie stref komfortu, w których godność wynika z przynależności do ekskluzywnego klubu. Jest za to przestrzeń na słuchanie, bycie razem, ciągłe uczenie się, prawdziwego sensu nabiera więc dążenie do chrześcijańskiej doskonałości. Nie ma wokół mydlanej bańki, która legitymizuje podwójną moralność i hipokryzję, niezbędna za to staje się przejrzystość i wierność zasadom, które obowiązują wszystkich tak samo, zarówno świeckich, jak i duchownych. W ten sposób buduje się prawdziwy autorytet i wiarygodność mistrza. W ten też sposób autentycznie uczy się wiary. Przestaje ona wtedy być zestawem regułek do mechanicznego zapamiętania, ale staje się prawdziwą przygodą, spotkaniem z Tym, który nadaje sens ludzkiemu istnieniu.

17 odpowiedzi do “Mistrzowie, klerykalizm i kościelna nuda”

  1. Tu dalej pozostaje problem: Kto ma rozwijać i reinterpretować twierdzenia teologiczne. Kościół katolicki obecnie zatrzymał się na stwierdzeniu, że doktryna ewoluuje. Jednak nadal przyjmuje, że do jej reinterpretacji uprawnieni są jedynie niektórzy członkowie Kościoła (duchowni / teologowie / Kongregacja Nauki Wiary / papież itd.).

    Tymczasem w krajach rozwiniętych przeciętny świecki z wyższym wykształceniem ma taką samą lub szerszą wiedzę o świecie niż przeciętny ksiądz. Jeśli chodzi o zagadnienia specyficzne, wymagające szczególnych doświadczeń życiowych, jak np. życie w małżeństwie – to w ogóle świeccy wyprzedzają w wiedzy najlepszych duchownych teologów.

    Widać to np. po powszechnej nieakceptacji nauczania kościelnego o antykoncepcji.

    Oficjalne podejście instytucji kościelnej jest takie, że „świeccy nie rozumieją”. Ono zakłada, że nadal świeckim pozostaje rola receptywna, a jedyni uprawnieni do interpretacji doktryny to duchowni.

    Gdy papież ostatnio dopuścił pod pewnymi warunkami komunię dla rozwiedzionych, to sytuacja zrobiła się prześmieszna. Nagle „góra” dokonała reinterpretacji doktryny i wtedy wszyscy księża zaczęli mądrze tłumaczyć, jak to doktryna ewoluuje. Jednak gdyby tej samej reinterpretacji dokonał jakiś szeregowy świecki rok wcześniej przed papieżem, to nazywałoby się to grzech i samowolka.

  2. Długi, głęboko teologiczny i niedostępny przeciętnemu umysłowi świeckiego ten wywód Księdza. Jedną z przyczyn i skutkiem klerykalizmu w pojęciu , małego, zatroskanego o mój Kościół rozumku, jest ” kapłańskie sumienie na śmierć zagłaskane przez świ ę tobliwych wiernych”. Pojawia się ” kiedy magia władzy sprzęgnie się ze ślubem posłuszeństwa, przeciwko sumieniu i otoczy murem kapłańskiej solidarności”.
    nostra culpa

  3. Generalnie i obiektywnie tekst jest bliski genialności. W przenikliwy sposób opisuje prawdziwą sytuacją kościoła. Można by rzec, czyni to w sposób naukowy, obiektywny, trochę bezlitosny. Ale tylko na takim sposobie opisu można coś budować, bo fałsz może prowadzić do doraźnych korzyści, ale nigdzie indziej.

    Chrześcijaństwo ma to do siebie, że nie jest religią „magiczną”. Nie operuje jakimiś „tajemniczymi” bytami, „tajemną” wiedzą, nie skupia się na manipulowaniu rzeczywistością. Dlatego jest buntem i rewolucją. Dlatego Chrystus został zabity, bo to… nie do przyjęcia dla religii w tradycyjnym „tajemniczo-magicznym” rozumieniu człowieka.

    Chrześcijaństwo opiera się na nagiej prawdzie. Na faktach. Dlatego podejście „naukowe” nie jest mu wrogie tylko odwrotnie. Bóg chrześcijaństwa jest po prostu prawdziwy, choć nieopisywalny. Zupełnie faktycznie wcielił się w człowieka. Zupełnie normalnie go kocha i miłość jest Jego rzeczywistością.

    Ludzie jednak mają tendencje do powrotu do religii naturalistycznych. Z kastami nadzorujących masy kapłanów, posiadających i tajemną wiedzę, i niepodważalny autorytet, który wynika z DOSTĘPU do Boga. Tworzą tacy ludzie z czasem system, w którym to oni są na górze, w którym pojęcie służyć wypełniają znaczeniem kontrolować i rządzić.

    Pozostaje ten szary wierny. Wychowany, ukształtowany przez lata takiej właśnie religii. Miota on teraz pod dyktando duchownych pasterzy kalumnie na papieża własnego kościoła. Modli się z duchownymi katolickimi o szybką jego śmierć.

    Straszne. Ale tak wychowaliście ludzi. Natworzyliście REGUŁ. Nadaliście im aspekty ŚWIĘTOŚCI i obłożyliście ich przekroczenie odium GRZECHU ŚMIERTELNEGO to jest ostatecznego ODDZIELENIA OD BOGA. Tylko On teraz… może coś z tym zrobić. Kto wie, może poprzez takich ludzi jak Autor tego tekstu?

    1. I Bóg to czyni. Przede wszystkim poprzez wybór papieża Franciszka i tych mądrych kapłanów i świeckich, którzy go rozumieją (lub przynajmniej próbują a nie w czambuł potępiają). Franciszek podchodzi do tematu trochę z innej strony niż autor artykułu, bo od Miłości i Miłosierdzia, ale nie mamy się co bać. Bóg jest Miłością, więc spotkają się z filozofami w połowie drogi.
      Nawiasem mówiąc, zawsze się dziwiłam, jak można Pana Boga ubrać w słowa języka LUDZKIEGO, któremu, z konieczności, dostępne są jedynie pojęcia TEGO świata i jeszcze na koniec orzec: to jest dogmat, bezwzględna prawda.

  4. Pamiętam zajęcia z Nauki o łasce. Wykładowca naszkicował na tablicy postać człowieka i obrazowo tłumaczył, jak to w człowieku przepływa habitus – określana tak przez Tomasza z Akwinu zdolność człowieka do pojęcia, do zrozumienia prawd wiary. Słuchałam wtedy tego bardzo uważnie, a w pewnej chwili zapytałam: czy wszyscy tak mają? Mój wykładowca popatrzył na mnie i powiedział: nie wiem. To jego NIE WIEM było dla mnie bezcenne, bo zrozumiałam, że w tej szkole nie wymaga się ode mnie wyłącznie pamięciowego przyswojenia jakichś definicji, ale uczy się mnie samodzielnego myślenia, pokazuje mi się drogi, sposoby, metody, zapoznaje się mnie z tym, jak wcześniej w historii myśleli inni, uznani za wielkich – ale pozwala mi się myśleć. Ten nauczyciel pozostaje dla mnie mistrzem.

  5. Pamiętam ze studiów jeden z wykładów z Nauki o łasce. Wykładowca naszkicował na tablicy człowieka i obrazowo tłumaczył, jak to przepływa przez tego człowieka habitus – pojęcie używane przez Tomasza z Akwinu na określenie ludzkiej zdolności do pojęcia, do zrozumienia prawd wiary. Słuchałam tego, a w pewnej chwili zapytałam: czy wszyscy ludzie tak mają? Mój wykładowca popatrzył na mnie i powiedział: bardzo dobre pytanie. Innej odpowiedzi nie usłyszałam. Zrozumiałam wtedy, że w mojej szkole uczy się mnie przede wszystkim samodzielnego myślenia. Owszem, są jakieś definicje do przyswojenia, ale poza tym poznaję głównie sposoby rozumowania, metody, możliwe drogi – poznaję je nie w sposób teoretyczny, ale poprzez poznawanie sposobów i metod, jakie stosowali ludzie dużo wcześniej uznani za wielkich, jak choćby św. Tomasz. Czytasz te książki i widzisz, że niektórzy z tych wielkich nie zgadzali się ze sobą, czasem się spierali. I wtedy wiesz, że wolno ci samodzielnie myśleć. Miałam to szczęście, że moi nauczyciele byli mistrzami.

  6. Dla mnie istotne jest to ,iż wierzę w to samo i tak samo jak moi przodkowie.
    Wierzę zaś dlatego,że przekazuje mi to Kościół w niezmiennym znaczeniu.
    Niezmienne zaś znaczenie ukierunkowuje mnie na Boga, nie zaś na rodzaj przepraszam za wyrażenie intelektualnej masturbacji pomysłami pyszałkowatych teologów (Nowa teologia).
    Kontekstualność języka to w istocie to samo co Franciszkowe wywracanie do góry nogami nauki o karze śmierci z uwagi na…zmianę świadomości społecznej.
    A tak na marginesie to nie mogę wyjść z podziwu jak to się dzieje,iż osoba deklarująca się jako tradycjonalista tak szczerze nienawidzi scholastyki

    1. Odniosę się tylko do ostatniego zdania. Nigdy nigdzie nie powiedziałem, że nienawidzę scholastyki. Kategoria nienawiści zresztą jest tu fatalna. Owszem, ostro krytykuję sposób, w jaki tradycjonaliści interpretują scholastykę, ponieważ uważam to za drogę błędną i de facto sprzeczną z oryginalna myślą św. Tomasza z Akwinu.

    2. „Franciszkowe wywracanie do góry nogami nauki o karze śmierci” ??? A ja myślałam, że NIE BĘDZIESZ ZABIJAŁ to przykazanie Boże, przekazane w Biblii jako dane wprost od Boga.

      1. Tak dla uściślenia, opieramy się na tłumaczeniu, które bywa omylne. W hebrajskim oryginale Księgi Wyjścia, autor natchniony przy tym przykazaniu posłużył się słowem „rasah” określającym przelanie krwi niewinnej (nie znam hebrajskiego, więc wierzę biblistom na słowo). Zatem przykazanie powinno być przetłumaczone jako „Nie będziesz mordował”.

  7. Zastanawiam się czy księdza twierdzenie „To z kolei czyni możliwym ewolucję doktryny chrześcijańskiej i dogmatu, ponieważ twierdzenia teologiczne można reinterpretować w momencie, gdy staną się dostępne środki wyrazu, które pozwolą znacznie głębiej wniknąć w Tajemnicę Boskiej natury” można pogodzić z potępieniem modernizmu z Przysięgi Antymodernistycznej. Czytamy w niej:

    „Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio. Potępiam również wszelki błąd, który w miejsce Boskiego depozytu wiary, jaki Chrystus powierzył swej Oblubienicy do wiernego przechowywania, podstawia… twory świadomości ludzkiej, które zrodzone z biegiem czasu przez wysiłek ludzi – nadal w nieokreślonym postępie mają się doskonalić” [fsspx.pl]

    Chodzi głównie o twierdzenie o ewolucji dogmatów. Ja tylko pytam…

    1. no jak się pogłębia zrozumienie, przez dostęp do wiedzy, rozwój nauk, to nie znaczy, że zmienia się prawda dogmatyczna, tylko jej pojmowanie przez nas raczej.

  8. Ksiądz Profesor Wojciech, jakby po formacji w Bractwie św. Piotra, dopiero teraz zaczął „łykać” wręcz teologię współczesną i próbuję ją jednać czy wręcz bratać z nauką. Zacne to dzieło i bardzo potrzebne. Tyle, że jeszcze nie zdążył Ksiądz zdaje się zauważyć (….pewno ma prawo filozofem, a nie teologiem będąc), co po interpretacjach Rahnera czy poglądach Schillebeeckxa zostało w zachodnich publikacjach: czysty postmodernizm. Apofatyczność i katafatyczność pozostają w nieustannym napięciu, ale w ich centrum stoi kenoza Tego, który rzekł „Cokolwiek zwiążecie na ziemi….”. Zachwyt kontekstualnością bez zachwytu nad słowem Bożem sprowadzi na manowce.

  9. Dla mnie to cały Sobór Trydencki, to jest betonowanie wiary. Dogmaty tak samo. Jeżeli ustalamy, że coś jest pewne, to tym samym przestajemy się nad tym zastanawiać. Straszenie ludzi, że jak „coś powie”to zostanie wyklęty, zniechęca do rozważania i artykułowania swoich myśli, bo można popaść przypadkowo w niełaskę. Trudno żeby wszyscy znali te wszystkie „niech będzie wyklęty. Tak wiara stała się tylko przywilejem wybranych i odważnych, którzy na te przekleństwa nie zważali.
    Wiara, to jest intymny kontakt z Bogiem.
    Nikt nie musi potwierdzać swoim autorytetem, pisząc dogmaty, że Bóg nie kłamie. To, co powiedział Bóg, jest zapisane w Ewangeliach. To Ewangelie – słowo Boga, jest Źródłem Prawdy.
    Każdy ma prawo szukać tej Prawdy. Nikt swojej prawdy nie ma prawa narzucać drugiemu.

    1. Rolą dogmatu jest jasne określenie stanowiska na temat jakiejś prawdy wiary, podważonej zwykle przez herezję. Urząd nauczycielski Kościoła ma prawo i obowiązek je definiować, jeżeli jest taka potrzeba, a Pan, jeśli jest katolikiem, ma obowiązek w nie wierzyć.
      Oczywiście, należy zgodzić sie, ze wiara jest relacją. Jednakże z racji ułomności ludzkiego rozumu, można dojść do mylnych wniosków (co zdarzało sie nawet największym myślicielom, np. Orygenesowi), a obowiązkiem Kościoła jest nauczanie Prawdy, któryś jest tylko jedna. Inaczej jest to relatywizm. Każdy może mieć inne podejście do wiary, do Jezusa, ale Prawda jest tylko jedna.

      1. „””Prawda jest tylko jedna.”””
        Przecież ja o tym mówię. Jezus powiedział – Ja Jestem Drogą, Prawdą i Życiem. A więc jest tylko Jedna Prawda. Tą prawdą Jest Chrystus. Nikt nie ma prawa Tej Prawdy redefiniować.
        Redefiniowanie Prawdy i narzucanie do wierzenia innym, to jest działanie przeciwko Bogu. Kościół powinien ograniczyć się do doprowadzenia człowieka do intymnego kontaktu z Bogiem. Bóg najlepiej potrafi każdemu wytłumaczyć to, co powiedział. Bóg mówi do nas poprzez Ewangelię. To jest Najczystsze Źródło Prawdy. Każdy więc powinien korzystać z tego Najczystszego Źródła Prawdy.

        Ez 34
        17 Do was zaś, owce moje, tak mówi Pan Bóg: Oto Ja osądzę poszczególne owce, barany i kozły4. 18 Czyż to wam może mało, że spasacie najlepsze pastwisko, by resztę swego pastwiska zdeptać swoimi stopami, że pijecie czystą wodę, by resztę zmącić stopami? 19 A owce moje muszą spasać to, co wy zdeptaliście waszymi stopami, i pić to, coście zmącili waszymi stopami. 20 Dlatego Pan Bóg tak mówi do nich: Oto Ja sam będę prowadził sąd pomiędzy owcą tłustą a owcą chudą. 21 Ponieważ wszystkie zwierzęta słabe odpychaliście bokiem i plecami i popychaliście je swoimi rogami, tak że je przepędzaliście, 22 dlatego chcę pomóc moim owcom, by już więcej nie stawały się łupem; osądzę poszczególne owce.

        Tutaj jest przedstawione pokrętne tłumaczenie „nauczycieli” którzy idąc za pożądliwością swojego serca, mącą Najczystsze Źródło Prawdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.