Mistrzowie, klerykalizm i kościelna nuda

Istnieje z pewnością wiele kryteriów, wedle których można pogrupować nauczycieli, wykładowców i profesorów. Największą estymą cieszy się z reguły pedagog, który potrafi swoją dziedziną wiedzy tak zachwycić i zmotywować, że bardzo szybko tworzy się wokół niego grupa słuchaczy i naśladowców, pragnących być dokładnie tacy, jak on. Mówimy wówczas o kimś takim, jako o mistrzu. Z pewnością postaci takie stanęły na życiowej drodze wielu z nas i być może właśnie dlatego jesteśmy biologami, historykami, lekarzami czy też siostrami zakonnymi i księżmi. Innymi słowy chodzi o to, czy dany nauczyciel uczynił tworzony przez siebie dydaktyczny proces wspólnym wydarzeniem, do którego zaprosił studentów, czy był tylko biernym odtwórcą treści, których bezkrytycznego przyjęcia bezwzględnie wymagał, nie troszcząc się o pytania i wątpliwości, jakie mogły zrodzić się w umysłach jego słuchaczy. Zajęcia takich wykładowców często postrzegaliśmy jako nudne i mało owocne poznawczo, ponieważ z reguły były czytane monotonnym i nieprzekonującym głosem, przez co szybko układały nas do snu, nawet w niewygodnej, drewnianej szkolnej ławce. I zupełnie nie należy się temu dziwić, ponieważ współczesne badania z zakresu neurobiologii wyraźnie potwierdzają, że proces uczenia się jest tym bardziej efektywny, im bardziej aktywnie student jest w niego zaangażowany.

Na zarysowane powyżej kryterium można by zareagować wzruszając ramionami, że przecież to w zasadzie konwencja, są tacy i tacy. A przecież to nic innego, jak koloryt okresu życia, związanego z edukacją. Problem tylko w tym, że wówczas najczęściej pamięta się dziwactwa i ekscentryzmy wykładowcy, a nie treści, komunikowane w czasie zajęć. Tu potrzeba czegoś więcej. I teraz pierwsza radykalna teza: potrzeba tego, by sam wykładowca dokładnie wiedział, że niczego nie wie do końca. Nie chodzi tu bynajmniej o preferowanie niedouczonych i niekompetentnych nauczycieli, ale o wskazywanie tych, którzy mają autentyczną pasję odkrywania. Dokładnie tak rodzi się etos mistrza, który, choć wiele tajemnic odkrył, to jednak sam jest dalej na drodze i w swoje własne odkrywanie włącza również swoich wychowanków. Mistrz swój autorytet czerpie nie z tego, że został mu jakoś z zewnątrz nadany i zadekretowany, ale z tego, że ucząc innych, sam uczy się i poznaje, a przez to również popełnia błędy i potrafi się do nich przyznać. Czyż nie tak właśnie funkcjonowało i nie funkcjonuje nadal szereg wybitnych profesorów, którzy gromadzą młodych adeptów, ponieważ zapraszają ich do wspólnego stanięcia przed tajemnicą? Taka jest zresztą natura nauki: każde znaczące odkrycie stawia nowe, dużo poważniejsze wyzwania i nic nie wskazuje na to, że ktoś miałby odkryć teorię wszystkiego, która ostatecznie zaspokoiłaby wszelki poznawczy wysiłek i pozwalała zakończyć wszelkie poszukiwania.

Teraz, z tymi wnioskami, czas przenieść się w końcu na grunt kościelny i popatrzeć na szeroko eksponowaną dziś przywarę eklezjalnej rzeczywistości, jaką jest klerykalizm. Wiele pada zarzutów, oskarżeń, mało zaś widzi się merytorycznej argumentacji, pozwalającej na rzetelną identyfikację źródeł problemu i perspektyw konstruktywnej poprawy. Łatwo kogoś wysyłać na księżyc, znacznie trudniej mu jednak powiedzieć dlaczego. Obecnie spróbuję, nawiązując do naszkicowanego powyżej etosu mistrza, wskazać na jedno z mało zauważanych źródeł klerykalizmu, jakie widzę w przekonaniu, że doktrynalne wypowiedzi Kościoła stanowią ostateczne i nie wymagające nigdy żadnej reinterpretacji prawdy. W takiej postaci nauczanie to byłoby Boskim dyktandem, które należy zaakceptować jako ostateczne i na zawsze zamknięte rzeczywistości. Przekonanie to jest dość powszechne, aczkolwiek nie do końca uzasadnione. Jak już sygnalizowałem w poprzednim wpisie, widzę głębokie analogie pomiędzy rozwojem nauki i rozwojem teologii. Nauka wykształciła odpowiedni język do wniknięcia w tajniki przyrody pod powierzchnią zjawisk. Tym językiem jest matematyka. Teologia takiego jednoznacznego języka jednak nie ma, ponieważ każde sformułowanie teologiczne zawiera w sobie nieusuwalne napięcie pomiędzy skończonością języka, jako czysto ludzkiego narzędzia wyrazu, oraz nieskończonością Boga, którego istotę usiłuje uchwycić. W sensie pozytywnym teologia może posługiwać się jedynie metaforami, czyli obrazami, które w analogicznym sensie – na zasadzie podobieństwa – odsłaniają jakiś nikły rąbek Boskiej Tajemnicy.

Okazuje się jednak, że Kościół nie zawsze opowiadał się za tego typu rozumieniem teologii, zwłaszcza bezpośrednio po Soborze Trydenckim w XVI wieku. Dla Kościoła był to okres niezwykle trudny, ponieważ musiał zmierzyć się ze skutkami reformacji, które nie tylko zachwiały podstawami katolickiej doktryny, ale również znacznie nadszarpnęły jego społeczną pozycję. Ujmując rzecz w największym skrócie, teologia zawsze potrzebuje jakiegoś systemu pojęć, dla sformułowania swoich twierdzeń. Kościół Soboru Trydenckiego polegał w głównej mierze na teologii, sformułowanej w XIII wieku przez św. Tomasza z Akwinu, a ta z kolei bazowała na arystotelizmie, zmodyfikowanym przez Akwinatę. Z czasem pojawiło się również przekonanie, że tak skonstruowana filozofia w sposób pewny dociera do fundamentalnych podstaw rzeczywistości i dlatego zyskała sobie w końcu przydomek filozofii odwiecznej (łac. philosophia perennis). Użycie jej, jako języka teologii, poskutkowało więc nadaniem temu językowi statusu praktycznie całkowitej obiektywności. W rezultacie tak wyrażona doktryna – zresztą zupełnie wbrew myśli św. Tomasza – traktowała swoje twierdzenia, jako bezpośrednio i literalnie komunikujące nadprzyrodzone treści. Odbiorca objawienia pozostawał w takiej sytuacji zupełnie pasywny, co z kolei przyczyniło się do ugruntowania specyficznej koncepcji objawienia, wedle której bycie wierzącym oznacza bezkrytyczną akceptację zestawu doktrynalnych twierdzeń, jakby były wprost ,,podyktowane’’ przez Pana Boga.

Bardzo łatwo było więc zbudować wizję Kościoła nieomylnie nauczającego ex cathedra, który swój mandat nieomylności czerpał z bycia piastunem i zarządcą raz na zawsze wypowiedzianych prawd, które nie podlegają żadnej reinterpretacji, ani pogłębieniu. Nie da się ukryć, że w takiej wizji Kościół zyskuje olbrzymi autorytet, ponieważ jego głos staje się bezpośrednio czystym głosem samego Boga. Jest to z jednej strony dla Kościoła bardzo wygodne, ponieważ dostaje w swoje ręce skuteczne narzędzia do zarządzania wiernymi i kwalifikowania ich postaw wiary – bądź niewiary – w zależności od spełnienia szeregu łatwo definiowalnych warunków. Jednak z drugiej strony niesie niebezpieczeństwo tworzenia wyróżnionej i uprzywilejowanej grupy, posiadającej z góry nadany przywilej nieomylności i zasługującej z tego powodu na szczególny protektorat oraz szacunek. A stąd do klerykalizmu już tylko krok. Problem więc staje w pełnej swojej odsłonie.

Teologia dwudziestowieczna, mająca swój ważny wyraz w orzeczeniach Soboru Watykańskiego II, zaczęła powoli modyfikować ten obraz. Kwestię tę sygnalizowałem już w swoim poprzednim wpisie o karze śmierci, ale pozwolę sobie podstawowe tezy powtórzyć jeszcze raz, żeby konieczne podstawy mieć na świeżo. Wspomniana modyfikacja motywowana była w dużej mierze wpływami filozofii nowożytnej, która słusznie wyakcentowała aktywną rolę ludzkiego umysłu w procesach poznawczych. Z tego też powodu czołowi teologowie epoki, tacy jak chociażby Edward Schillebeeckx czy też Karl Rahner, argumentowali na rzecz kontekstualności języka teologii. Schillebeeckx mówił, że nie istnieje nuda vox Dei, czyli nagi głos Boga, natomiast Rahner zaproponował metaforę amalgamatu, aby pokazać, że nie da się oddzielić treści objawionych od sposobu ich wyrazu, jakie narzuca ludzki język. To z kolei czyni możliwym ewolucję doktryny chrześcijańskiej i dogmatu, ponieważ twierdzenia teologiczne można reinterpretować w momencie, gdy staną się dostępne środki wyrazu, które pozwolą znacznie głębiej wniknąć w Tajemnicę Boskiej natury. Taką perspektywę pogłębienia oferuje przede wszystkim współczesna nauka. Kontekstualność teologii bardzo ciekawie uchwycił współczesny amerykański teolog ewolucyjny, John Haught w swojej książce The Unfinished Universe (Niedokończony Wszechświat):

Depozyt wiary katolickiej nie jest gładko zaokrągloną skałą, staczającą się po korytarzach czasu, wyścielonych zmieniającymi się kulturami i fluktuującymi intelektualnymi środowiskami. Doktryna może i musi się rozwijać, jeżeli ma się stać podstawą ożywczej duchowości dla różnych okresów czasu. Istotnie, teologia zawsze była jedną z dróg, dzięki której żywe religijne tradycje walczyły o swoje przetrwanie.

Cytat ten mógłby wydawać się jedynie metaforycznie ujętą powtórką, czym jest kontekstualność języka teologii i ewolucja doktryny. Haught idzie jednak dalej, ponieważ to właśnie od tych własności teologicznego dyskursu uzależnia on jego ożywczy charakter dla kultury. Ożywczość ta wynika więc bezpośrednio z tego, czy dane teologiczne twierdzenie traktowane jest jako rzeczywistość otwarta, która z racji swego skończonego charakteru nie zatrzymuje na sobie, ale zawsze wskazuje dalej, poza siebie, podpowiadając, że za jej pośrednictwem dowiedzieliśmy się bardzo niewiele, a prawdziwa Tajemnica pozostaje nadal do odkrycia. Nie ma więc czasu na nudę i bezmyślne powtarzanie tego, co wszyscy już tyle razy słyszeli.

Łatwo teraz zauważyć, że w takiej sytuacji nauczyciela i uczniów dzieli w sumie bardzo mała odległość, a łączy wspólna droga, którą trzeba razem przebyć. Nie ma więc tutaj miejsca na wyniosłość ani pychę, na plasowanie się ponad innymi oraz tworzenie stref komfortu, w których godność wynika z przynależności do ekskluzywnego klubu. Jest za to przestrzeń na słuchanie, bycie razem, ciągłe uczenie się, prawdziwego sensu nabiera więc dążenie do chrześcijańskiej doskonałości. Nie ma wokół mydlanej bańki, która legitymizuje podwójną moralność i hipokryzję, niezbędna za to staje się przejrzystość i wierność zasadom, które obowiązują wszystkich tak samo, zarówno świeckich, jak i duchownych. W ten sposób buduje się prawdziwy autorytet i wiarygodność mistrza. W ten też sposób autentycznie uczy się wiary. Przestaje ona wtedy być zestawem regułek do mechanicznego zapamiętania, ale staje się prawdziwą przygodą, spotkaniem z Tym, który nadaje sens ludzkiemu istnieniu.

Szukajcie najpierw królestwa Bożego czyli o świętowaniu niedzieli i niedzielnych zakupach

Wielu Polaków szczyci się tym, że Polska jest katolickim krajem. Przeciętny przybysz z zagranicy z pewnością zachwyci się znaczną frekwencją na niedzielnej Mszy świętej, powszechnością sakramentu spowiedzi, a w Częstochowie przykuje jego uwagę masowy ruch pielgrzymkowy. Nie wszyscy odwiedzający nasz kraj odnoszą jednak tak jednoznacznie pozytywne wrażenie. Może ono być wręcz zupełnie przeciwne, czego przykładowo doświadczają turyści przybywający do nas z Bawarii, gdzie nie do pomyślenia jest, aby handel odbywał się w niedzielę. Poza stacjami benzynowymi i restauracjami centra handlowe zamknięte są na ,,cztery spusty”, w przeciwieństwie do Polski, gdzie w handlowe niedziele cieszą się one sporą popularnością. Jak zatem rozwiać wątpliwości takich ludzi, którzy stawiają sobie oczywiste pytanie o to, jak Polacy katolicy realizują trzecie przykazanie Boże, wzywające do poszanowania dnia świętego?

Apelując więc do ludzkich sumień warto oddać głos świętemu Janowi Pawłowi II, który w roku 1998 opublikował list apostolski o świętowaniu niedzieli, zatytułowany Dies Domini, czyli po polsku Dzień Pański. Obserwując naszą współczesną konsumencką rzeczywistość w Polsce, trudno nie odnieść wrażenia, że list ten jakoś dziwnie wylądował w archiwach kościelnych dokumentów a jego przesłanie nie przeniknęło na kościelne ambony ani do sumień Polaków. Chyba zresztą każdy z nas może sobie zarzucić, że w planowaniu tygodniowych zakupów dopuszczał myśl, że jak zbraknie, to się ,,najwyżej wyskoczy w niedzielę do pobliskiej Żabki”.

W argumentacji na rzecz szczególnego charakteru niedzieli jako dnia świętego pragnę w tym miejscu odwołać się do niezwykle cennych rozważań na temat istoty świętowania autorstwa nieżyjącego już niemieckiego filozofa, Josepha Piepera (1904-1997). W szczególności chodzi mi o jego pozycję, zatytułowaną Zustimmung zur Welt: Eine Theorie Des Festes, co na polski tłumaczy się jako W rytmie świata: teoria świętowania. Choć sam tytuł może wydawać się mało przystępny, to jednak Pieper w systematyczny sposób prowadzi swojego czytelnika od prostych obserwacji do głębokiej teologicznej refleksji, która ukazać ma, gdzie tkwi głębia świętowania i jak zakorzeniona jest ona w chrześcijańskiej kulturze.

Wkraczając obecnie w przestrzeń refleksji Piepera, warto najpierw postawić pytanie, czy rzeczywiście świętowanie stanowi jedynie przerwę w cyklu tygodniowej pracy. Pieper wyraźnie podkreśla, że świętowanie nie kwalifikuje się jako okres bezczynności, ale stanowi inny szczególny rodzaj aktywności. Chodzi bowiem tutaj o kluczowy podział na czynności użytkowe (łac. ars servilis) oraz czynności wolne (łac. ars liberalis). Istota rozróżnienia między nimi tkwi w tym, że czynności użytkowe mają cel poza sobą natomiast czynności wolne wykonuje się dla nich samych. Jako przykład pierwszych można podać wytwarzanie przedmiotów, przeznaczonych do odrębnych dla ich istoty celów jak choćby uprawa roślin dla celów spożywczych. Dobry przykład czynności wolnej stanowi natomiast uprawianie nauki, w której czerpiemy radość z samej czynności, pozwalającej nam przybliżyć się do prawdy o świecie.

Jakie jednak warunki muszą być spełnione, aby dana czynność zasługiwała na miano czynności wolnej? W tym momencie nieuchronnie wkraczamy już w wyjaśnienia natury religijnej, które uwzględniają nadprzyrodzone przeznaczenie człowieka, będące jego ostatecznym spełnieniem, czy używając bardziej technicznego terminu wizją uszczęśliwiającą. Namiastki takiej wizji możemy już tutaj w ziemskim życiu doświadczyć, kiedy w kontemplacji usiłujemy dotrzeć do podstawy wszelkiego istnienia afirmując w ten sposób świat w jego całości. Innymi słowy, aby prawdziwie oddać się czynności wolnej i prawdziwie świętować, musi obecny być element kontemplacji. W takiej perspektywie, jak podkreśla Pieper, świętowanie staje się również okresem obfitości, nie materialnej ale duchowej. Do tak określonej specyfiki świętowania dokomponowuje się jeszcze jeden istotny wątek, a mianowicie z zaniechaniem czynności użytkowej wiąże się również wątek ofiarniczy świętowania, w którym umyślnie pozbawiamy się materialnych korzyści w tej czynności uzyskiwanych. Zwieńczeniem świętowania ma więc być pełna radość, kto się nie potrafi prawdziwie cieszyć, ten nie potrafi prawdziwie świętować.

W kolejnym kroku naszych rozważań nad świętowaniem dotknąć musimy jego wymiaru teologicznego, który naturalnie nabudowuje się na dotychczasowe spostrzeżenia kulturoznawczej i religioznawczej natury. Czyż afirmacja świata nie realizuje się w swojej całkowitej pełni, jeżeli oddajemy chwałę samemu Stwórcy tego świata? Jeżeli więc sedno świętowania tkwi w akceptacji wszystkiego co jest, zatem nie można, zdaniem Josefa Piepera, wskazać bardziej uroczystej formy świętowania niż celebracja rytualna. Przykładowo, wystarczy przyjrzeć się bogactwu obchodów Bożego Ciała, gdzie właściwym uroczystościom mszalnym w świątyniach towarzyszy potężna manifestacja uliczna, połączona z wykorzystaniem orkiestr dętych oraz wystrzałów armatnich. Pojęcie dnia świątecznego tłumaczy się również w języku polskim samą etymologią tego słowa, które oznacza dzień święty, zarezerwowany dla kontemplacji rzeczywistości nadprzyrodzonych oraz oddania czci Bogu. Roger Caillois, jeden ze współczesnych obok Piepera autorów, badających systematycznie zjawisko świętowania określił dzień święty jako: la periode de la preeminence du sacre co oznacza okres czasu, w którym przeważa święte.

Dlaczego więc akurat niedziela? Z pomocą przyjdą tutaj cytowane przez Piepera rozważania znanego XX-wiecznego liturgisty, Josefa Andreasa Jungmanna. Prezentuje on pogląd, iż spośród bezliku chrześcijańskich świąt o właściwym kształcie świętowania decyduje przede wszystkim specyfika święta Wielkanocy a także każdej innej niedzieli w ciągu roku. W ogólności, jak przypomina Pieper, tak samo starotestamentalny szabat jak też i obecna niedziela reprezentują biblijny Siódmy Dzień, święty dzień w którym odpoczywa nie tylko pan i pasterz ale także i bydło (Pwt 5, 14). Dzień ten niesie z sobą nie tylko okazję do kontemplacji boskiego dzieła stworzenia ale także do jego szczególnej afirmacji ponieważ wszystko to, co Bóg stworzył jest dobre. Co więcej, siódmy dzień postrzegany zawsze był jako pewien wskaźnik wprzód, namiastka przyszłego życia z Bogiem. Jak stwierdza sam Św. Tomasz z Akwinu, w niedzielę w sposób szczególny celebrujemy dar stworzenia, który jest najpierwszym ze wszystkich Bożych darów. W takim ujęciu niedziela staje się pierwowzorem wszelkiego świętowania ponieważ poprzez szczególną afirmację stworzenia zawiera ona w sobie to, co leży u podstaw każdej uroczystości. Chcąc jednak ukazać wątek specyficznie chrześcijański niedzieli, należy wskazać na jej ścisły związek z osobą Jezusa Chrystusa i oraz tajemnicą Jego Wcielenia, które osiągnęło swój pełny owoc w Chrystusowym Zmartwychwstaniu. Z tego właśnie powodu każda niedziela stanowi emanację Wielkanocy. I dlatego trudno się dziwić, że trzecie przykazanie dekalogu wzywa nas do uszanowania dnia świętego.

Przykazania niewątpliwie zawierają w sobie pewien element negatywny, ponieważ stanowią zestaw nakazów i zakazów, w którym czasami ciężko nam dopatrzeć się pozytywnej motywacji. Jeżeli rzeczywiście pozostawimy naszą religijność na takim minimalnym poziomie, to stanie się ona szybko nieznośnym balastem i nie wytrzyma konkurencji z ofertą współczesnego świata. Nie można chyba jednak mieć wątpliwości, że przenikliwość refleksji, jaką odnośnie świętowania przekazał nam Josef Pieper, posiada walor wysoce motywujący do tego, aby świętowania niedzieli nie traktować jako przymusowego nieróbstwa, które narzuca nam jakaś mało zrozumiała tradycja. Nie traktować go też jako zmarnowanego czasu, mogącego inaczej dostarczyć wymiernych profitów. Świętowanie niedzieli to prawdziwa inwestycja, ponieważ daje nam ono namiastkę udziału w tym, co stanowi ostateczny cel naszego życia. Świętowanie niedzieli jest więc swoistym lakmusowym papierkiem naszej wiary. Powszechności niedzielnego handlu w Polsce jesteśmy sobie sami jako społeczeństwo winni, a załatwianie tego problemu ustawą jest raczej wyrazem słabości a nie siły. Nikomu bowiem nie opłacałoby się otwierać sklepów, gdyby wiedział, że nikt na zakupy nie przyjdzie. Niedzielne zakupy uzasadniamy często brakiem czasu, nadmiarem pracy w tygodniu. W każdym zawodzie o sukcesie decyduje dobre planowanie. Tak samo rzecz się ma w tym przypadku – jeśli zaufamy Panu Bogu i dobrze dla Jego chwały zaplanujemy zakupy w tygodniu, to z pewnością dzięki Jego błogosławieństwu znajdzie się czas na wszystko. ,,Szukajcie najpierw królestwa Bożego, a reszta będzie wam przydana” (Mt 6, 33).