Czyżby wszystkiemu winna była Christianitas?

Chyba wszyscy zdążyli się już przekonać, że współczesna rzeczywistość kościelna nie przypomina niczym jednoznaczności i niepodważalności nauczania, tak charakterystycznego dla Kościoła sprzed trzydziestu lat. Szczególnie w Polsce zdecydowany głos św. Jana Pawła II, kształtujący przestrzeń wolności w kontraście do komunistycznego reżimu, utwierdzał w przekonaniu, że Kościół mówi zawsze jednym i niewzruszalnym głosem, posiadającym wręcz status tuba Dei, czyli nieomylnie obwieszczającym o Boskich prawdach, które każdy zobowiązany jest z uniżeniem przyjąć. Dziś jednak z tej atmosfery niewiele pozostało, bo Kościół współczesny to Kościół otwartej polemiki, gdzie z różnych środowisk słyszy się skrajnie różne opinie w kwestiach, które ongiś uchodziły za objawione i dlatego niepodważalne. Czy to źle? Hmm, zależy jak na to popatrzeć.

Na pewno jest to sytuacja trudna dla tych, którzy przywykli do pokornego słuchania i organizowania sobie w Kościele własnej strefy komfortu, kiedy wszystko stanie się jasne i gdzie ewangelizowanie ograniczy się do machania szabelką i wyzywania od heretyków tych, którzy mają odwagę stawiać niewygodne pytania. Bezpośrednią motywacją do popełnienia niniejszego wpisu jest tekst o. Kaspera Kapronia OFM, zatytułowany Tylko radykalna reforma zaradzi kryzysowi powołań. Choć temat kryzysu powołań w Polsce chyba już został na wszystkie sposoby przewałkowany, to jednak zachęca on autora do poczynienia kilku bardzo istotnych i głębokich, choć miejscami kontrowersyjnych uwag na temat kondycji współczesnego Kościoła. Za głębie spojrzenia należy się pełen szacunek, jednak z postawionymi diagnozami nie można się w moim odczuciu zgodzić, wobec czego w moim obecnym wpisie poddam je wnikliwej krytyce.

W centrum całej kontrowersji staje pojęcie Christianitas. O. Kaproń wprowadza to pojęcie, kiedy słusznie zauważa, że obecne czasy stanowią moment, jak to określa, ,,zmian epokowych”, które wymagają radykalnej reformy Kościoła. Zwłaszcza w kontekście ujawnionych w ostatnich dniach skandali z taką diagnozą rzeczywiście trudno się jest nie zgodzić.  Mój zdecydowany sprzeciw budzi jednak o. Kapronia rozumienie Christianitas. Twierdzi on bowiem, że jako Christianitas rozumieć należy pewną historycznie uwarunkowaną postać Kościoła, ,,kiedy to Kościół identyfikował się ze społeczeństwem, które składało się w zdecydowanej większości z ludzi ochrzczonych. Kościelna instytucja determinowała wówczas całość porządku społecznego, politycznego, kulturowego, prawnego i moralnego”. I teraz teza najważniejsza: ,,Sobór Watykański skończył z Christianitas i otworzył Kościół na nową rzeczywistość”. W pierwszym podejściu takie postawienie sprawy może być odczytane jako całkowita dyskredytacja Christianitas, co prowadziłoby do zanegowania jego dziedzictwa i byłoby dla chlubnych kart historii Kościoła wysoce niesprawiedliwe i krzywdzące. Nie ulega wątpliwości, że taka teza byłaby ze wszech miar nie do przyjęcia. O. Kaproń tak daleko jednak nie idzie i prezentuje dużo bardziej przemyślane podejście, mówiąc: ,,Nie chcę przez to stwierdzić, że modele te były złe – kiedyś się wyśmienicie sprawdzały, dzisiaj są jednak nieadekwatne do współczesności”.

I to jest sensowna wypowiedź zwłaszcza, że o. Kaproń używa w odniesieniu do rzeczywistości Kościoła nowatorskiego pojęcia paradygmatu. Pojęcie to chyba dziś najlepiej rozumieją filozofowie nauki dzięki pracom amerykańskiego filozofa, Thomasa Kuhna, a w szczególności dzięki jego dziełu, zatytułowanemu ,,Struktura rewolucji naukowych”. Stwierdził on bowiem, że nauka rozwija się poprzez etapy ustabilizowanych paradygmatów, oddzielonych naukowymi rewolucjami, które powstają na skutek anomalii, generowanych przez tracące swoją adekwatność paradygmaty. W moim odczuciu pomiędzy historią doktryny Kościoła a historią nauki istnieją znaczące podobieństwa. Zgadzam się więc z o. Kaproniem, że stoimy obecnie przed koniecznością zmiany paradygmatu Kościoła. Czy ma się to jednak wiązać, jak sugeruje Kaproń, z porzuceniem Christianitas?  I czy rzeczywiście Jan Paweł II i Benedykt XVI ,,zamknęli okres (czy paradygmat? [W.G]) Christianitas”?

Zanim przejdę do mojej krytyki, pozwolę się zgodzić z jeszcze jedną rzeczą, w nawet jeszcze ściślejszej postaci. Moim zdaniem to abdykacja Benedykta XVI była symbolicznym znakiem zamknięcia pewnego paradygmatu Kościoła, który nazwałbym paradygmatem potrydenckim. Paradygmaty nie zmieniają się nagle: przejście jednego w drugi wiąże ze sobą rozciągnięte w czasie pasmo burzliwych przemian. Na podobnej zasadzie jako symboliczną granicę pomiędzy antykiem a średniowieczem przyjmuje się rok 529, w którym zakończyła działalność Platońska Akademia w Konstantynopolu i powstał benedyktyński klasztor na Monte Cassino. W szczegółach to jednak dużo bardziej złożony i długotrwały proces.

I teraz czas na polemikę: Christianitas to nie paradygmat, to coś zdecydowanie więcej. O. Kaproń ewidentnie dokonuje takiego utożsamienia, w efekcie czego w jego rozumieniu Christianitas musi przeminąć. Moim zdaniem nie jest to jednak rozumienie ani pełne, ani poprawne.  Sam termin Christianitas wskazuje na bezpośrednie związki z Chrystusem, wobec czego Christianitas to czas ,,po Chrystusie”, czas Nowego Przymierza, niezależnie od tego, na jakim etapie swojej historii się znajduje i w jakim kulturowym kontekście się realizuje. Paradygmaty mogą się zmieniać, a Christianitas trwa, przyjmując jedynie różne postaci.

Aby się przekonać o słuszności takiego postrzegania Christianitas, wystarczy się choćby odwołać do samych źródeł chrześcijaństwa, czyli czasów Ojców Kościoła. Doktryna wczesnego chrześcijaństwa zrodziła się bowiem z zetknięcia się Objawienia z myślą grecką. Można powiedzieć, że racjonalność greckiego myślenia dała pierwszą konceptualną podstawę dla systematycznej ekspozycji treści Objawienia, przez co Kościół zyskał unikalne narzędzie dla racjonalnego uzasadnienia budowanej przez siebie doktryny. Grecka myśl jednak tej racjonalności nie wyczerpała i nie można zgodzić się z twierdzeniem, utrzymywanym przez wiele konserwatywnych i tradycjonalistycznych środowisk, że myśl grecka w swojej tomistycznej odsłonie w sposób pewny orzeka o niezmiennych zasadach rzeczywistości. To filozoficzny fundamentalizm w czystej postaci.

W tym momencie pojawia się istotne pytanie: czy można zatem oczekiwać, iż pojawią się pojęciowe systemy, które tę racjonalność zgłębią i pozwolą dużo głębiej wniknąć w tajemnicę Logosu? W przekonaniu znanego polskiego filozofa, kosmologa i teologa, ks. Michała Hellera, rolę tę odgrywa współczesna nauka. Pogląd ten ks. Heller najdobitniej wyraził w swoim wykładzie (lectio magistralis), który wygłosił z okazji nadania mu doktora honoris causa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie w dniu 22 kwietnia 2016 roku. Wykład ten nosi znamienny tytuł: ,,Teologia dzisiaj – detronizowanie królowej?”. W pliku pdf znajduje się na stronach od 7-9. Wszystkich gorąco zachęcam do lektury tekstu tego wykładu, ponieważ moim zdaniem precyzyjnie diagnozuje on bolączki współczesnej teologii i nakreśla konkretne perspektywy rozwiązań. Z niego też sam czerpię wiele inspiracji, dlatego zapoznanie się z nim znacznie ułatwi rozumienie proponowanych przeze mnie rozstrzygnięć. Niestety, edytor bloga niepoprawnie interpretuje link i nie można zrobić aktywnego łącza, więc aby ściągnąć tekst proszę przekopiować: upjp2.edu.pl/sites/default/files/50/88_1.pdf.

Czym więc jest Christianitas? Christianitas to nic innego jak Logos czyli czysta racjonalność, znajdująca swój wyraz w różnych pojęciowych systemach i budowanych na ich kanwie kulturach, pozwalających coraz głębiej ukazać tkwiącą w Nim Tajemnicę. Paradygmaty doktryny to z kolei różne odsłony racjonalności. Trzeba więc uważać, żeby nie pomylić Christianitas z jej paradygmatem, z jej postacią. Wtedy rzeczywiście wylejemy dziecko z kąpielą.

Jedna odpowiedź do “Czyżby wszystkiemu winna była Christianitas?”

  1. Racjonalność czy bożek racjonalności?
    Bóg (spójnia Christianitas) czy nauka (spójnia czasów pooświeceniowych)?
    Dojrzewający owoc nauki Kościoła za który dziękujemy Bogu, czy zmieniająca się świadomość społeczna dostrzegająca w owocu li tylko zestaw takich czy innych składników, przydatnych ,bądź nie. Nie mogę pozbyć się wrażenia,że dla x.profesora nauka niepostrzeżenie staje się bogiem, a ona jedynie ma nam Boga przybliżać.
    Tak na marginesie myślę sobie,że x.prof.Heller otrzymuje wystarczający splendor wśród ateistów, także zachwyt katolików nie jest mu chyba już potrzebny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.