Czyżby wszystkiemu winna była Christianitas?

Chyba wszyscy zdążyli się już przekonać, że współczesna rzeczywistość kościelna nie przypomina niczym jednoznaczności i niepodważalności nauczania, tak charakterystycznego dla Kościoła sprzed trzydziestu lat. Szczególnie w Polsce zdecydowany głos św. Jana Pawła II, kształtujący przestrzeń wolności w kontraście do komunistycznego reżimu, utwierdzał w przekonaniu, że Kościół mówi zawsze jednym i niewzruszalnym głosem, posiadającym wręcz status tuba Dei, czyli nieomylnie obwieszczającym o Boskich prawdach, które każdy zobowiązany jest z uniżeniem przyjąć. Dziś jednak z tej atmosfery niewiele pozostało, bo Kościół współczesny to Kościół otwartej polemiki, gdzie z różnych środowisk słyszy się skrajnie różne opinie w kwestiach, które ongiś uchodziły za objawione i dlatego niepodważalne. Czy to źle? Hmm, zależy jak na to popatrzeć.

Na pewno jest to sytuacja trudna dla tych, którzy przywykli do pokornego słuchania i organizowania sobie w Kościele własnej strefy komfortu, kiedy wszystko stanie się jasne i gdzie ewangelizowanie ograniczy się do machania szabelką i wyzywania od heretyków tych, którzy mają odwagę stawiać niewygodne pytania. Bezpośrednią motywacją do popełnienia niniejszego wpisu jest tekst o. Kaspera Kapronia OFM, zatytułowany Tylko radykalna reforma zaradzi kryzysowi powołań. Choć temat kryzysu powołań w Polsce chyba już został na wszystkie sposoby przewałkowany, to jednak zachęca on autora do poczynienia kilku bardzo istotnych i głębokich, choć miejscami kontrowersyjnych uwag na temat kondycji współczesnego Kościoła. Za głębie spojrzenia należy się pełen szacunek, jednak z postawionymi diagnozami nie można się w moim odczuciu zgodzić, wobec czego w moim obecnym wpisie poddam je wnikliwej krytyce.

W centrum całej kontrowersji staje pojęcie Christianitas. O. Kaproń wprowadza to pojęcie, kiedy słusznie zauważa, że obecne czasy stanowią moment, jak to określa, ,,zmian epokowych”, które wymagają radykalnej reformy Kościoła. Zwłaszcza w kontekście ujawnionych w ostatnich dniach skandali z taką diagnozą rzeczywiście trudno się jest nie zgodzić.  Mój zdecydowany sprzeciw budzi jednak o. Kapronia rozumienie Christianitas. Twierdzi on bowiem, że jako Christianitas rozumieć należy pewną historycznie uwarunkowaną postać Kościoła, ,,kiedy to Kościół identyfikował się ze społeczeństwem, które składało się w zdecydowanej większości z ludzi ochrzczonych. Kościelna instytucja determinowała wówczas całość porządku społecznego, politycznego, kulturowego, prawnego i moralnego”. I teraz teza najważniejsza: ,,Sobór Watykański skończył z Christianitas i otworzył Kościół na nową rzeczywistość”. W pierwszym podejściu takie postawienie sprawy może być odczytane jako całkowita dyskredytacja Christianitas, co prowadziłoby do zanegowania jego dziedzictwa i byłoby dla chlubnych kart historii Kościoła wysoce niesprawiedliwe i krzywdzące. Nie ulega wątpliwości, że taka teza byłaby ze wszech miar nie do przyjęcia. O. Kaproń tak daleko jednak nie idzie i prezentuje dużo bardziej przemyślane podejście, mówiąc: ,,Nie chcę przez to stwierdzić, że modele te były złe – kiedyś się wyśmienicie sprawdzały, dzisiaj są jednak nieadekwatne do współczesności”.

I to jest sensowna wypowiedź zwłaszcza, że o. Kaproń używa w odniesieniu do rzeczywistości Kościoła nowatorskiego pojęcia paradygmatu. Pojęcie to chyba dziś najlepiej rozumieją filozofowie nauki dzięki pracom amerykańskiego filozofa, Thomasa Kuhna, a w szczególności dzięki jego dziełu, zatytułowanemu ,,Struktura rewolucji naukowych”. Stwierdził on bowiem, że nauka rozwija się poprzez etapy ustabilizowanych paradygmatów, oddzielonych naukowymi rewolucjami, które powstają na skutek anomalii, generowanych przez tracące swoją adekwatność paradygmaty. W moim odczuciu pomiędzy historią doktryny Kościoła a historią nauki istnieją znaczące podobieństwa. Zgadzam się więc z o. Kaproniem, że stoimy obecnie przed koniecznością zmiany paradygmatu Kościoła. Czy ma się to jednak wiązać, jak sugeruje Kaproń, z porzuceniem Christianitas?  I czy rzeczywiście Jan Paweł II i Benedykt XVI ,,zamknęli okres (czy paradygmat? [W.G]) Christianitas”?

Zanim przejdę do mojej krytyki, pozwolę się zgodzić z jeszcze jedną rzeczą, w nawet jeszcze ściślejszej postaci. Moim zdaniem to abdykacja Benedykta XVI była symbolicznym znakiem zamknięcia pewnego paradygmatu Kościoła, który nazwałbym paradygmatem potrydenckim. Paradygmaty nie zmieniają się nagle: przejście jednego w drugi wiąże ze sobą rozciągnięte w czasie pasmo burzliwych przemian. Na podobnej zasadzie jako symboliczną granicę pomiędzy antykiem a średniowieczem przyjmuje się rok 529, w którym zakończyła działalność Platońska Akademia w Konstantynopolu i powstał benedyktyński klasztor na Monte Cassino. W szczegółach to jednak dużo bardziej złożony i długotrwały proces.

I teraz czas na polemikę: Christianitas to nie paradygmat, to coś zdecydowanie więcej. O. Kaproń ewidentnie dokonuje takiego utożsamienia, w efekcie czego w jego rozumieniu Christianitas musi przeminąć. Moim zdaniem nie jest to jednak rozumienie ani pełne, ani poprawne.  Sam termin Christianitas wskazuje na bezpośrednie związki z Chrystusem, wobec czego Christianitas to czas ,,po Chrystusie”, czas Nowego Przymierza, niezależnie od tego, na jakim etapie swojej historii się znajduje i w jakim kulturowym kontekście się realizuje. Paradygmaty mogą się zmieniać, a Christianitas trwa, przyjmując jedynie różne postaci.

Aby się przekonać o słuszności takiego postrzegania Christianitas, wystarczy się choćby odwołać do samych źródeł chrześcijaństwa, czyli czasów Ojców Kościoła. Doktryna wczesnego chrześcijaństwa zrodziła się bowiem z zetknięcia się Objawienia z myślą grecką. Można powiedzieć, że racjonalność greckiego myślenia dała pierwszą konceptualną podstawę dla systematycznej ekspozycji treści Objawienia, przez co Kościół zyskał unikalne narzędzie dla racjonalnego uzasadnienia budowanej przez siebie doktryny. Grecka myśl jednak tej racjonalności nie wyczerpała i nie można zgodzić się z twierdzeniem, utrzymywanym przez wiele konserwatywnych i tradycjonalistycznych środowisk, że myśl grecka w swojej tomistycznej odsłonie w sposób pewny orzeka o niezmiennych zasadach rzeczywistości. To filozoficzny fundamentalizm w czystej postaci.

W tym momencie pojawia się istotne pytanie: czy można zatem oczekiwać, iż pojawią się pojęciowe systemy, które tę racjonalność zgłębią i pozwolą dużo głębiej wniknąć w tajemnicę Logosu? W przekonaniu znanego polskiego filozofa, kosmologa i teologa, ks. Michała Hellera, rolę tę odgrywa współczesna nauka. Pogląd ten ks. Heller najdobitniej wyraził w swoim wykładzie (lectio magistralis), który wygłosił z okazji nadania mu doktora honoris causa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie w dniu 22 kwietnia 2016 roku. Wykład ten nosi znamienny tytuł: ,,Teologia dzisiaj – detronizowanie królowej?”. W pliku pdf znajduje się na stronach od 7-9. Wszystkich gorąco zachęcam do lektury tekstu tego wykładu, ponieważ moim zdaniem precyzyjnie diagnozuje on bolączki współczesnej teologii i nakreśla konkretne perspektywy rozwiązań. Z niego też sam czerpię wiele inspiracji, dlatego zapoznanie się z nim znacznie ułatwi rozumienie proponowanych przeze mnie rozstrzygnięć. Niestety, edytor bloga niepoprawnie interpretuje link i nie można zrobić aktywnego łącza, więc aby ściągnąć tekst proszę przekopiować: upjp2.edu.pl/sites/default/files/50/88_1.pdf.

Czym więc jest Christianitas? Christianitas to nic innego jak Logos czyli czysta racjonalność, znajdująca swój wyraz w różnych pojęciowych systemach i budowanych na ich kanwie kulturach, pozwalających coraz głębiej ukazać tkwiącą w Nim Tajemnicę. Paradygmaty doktryny to z kolei różne odsłony racjonalności. Trzeba więc uważać, żeby nie pomylić Christianitas z jej paradygmatem, z jej postacią. Wtedy rzeczywiście wylejemy dziecko z kąpielą.

Spór o naturalną śmierć Najświętszej Maryi Panny

Trudno chyba znaleźć kogoś, kto nigdy nie doświadczył podchwytliwych pytań, zadawanych przez dzieci i młodzież. Problem ten spotyka nie tylko rodziców, wychowawców, nauczycieli, ale także i księży. Skoro bowiem mowa jest o sprawach najpoważniejszych, dotyczących sensu ludzkiego życia, standardy wiarygodności muszą osiągnąć szczególnie wysoki poziom. Nie ma tu miejsca na półprawdy ani na załatwiane machaniem rękami pokrętne wyjaśnienia. A na pewno już nie na szafowanie kościelnym autorytetem. Ewoluujący od kilkunastu miliardów lat Wszechświat jest dziś tak w swoich rozmiarach tak olbrzymi, że dla krytycznego umysłu młodego człowieka oczywistym wydaje się pytanie o to, jakie galaktyki mijał po drodze Pan Jezus podczas swojego Wniebowstąpienia, czy też Najświętsza Maryja Panna, gdy z ciałem i duszą była brana do nieba. Gdzie tak naprawdę jest niebo? Choć odpowiedź, że ,,u góry, ponad naszymi głowami” była może oczywista w średniowieczu w arystotelesowskim obrazie świata, to z punktu widzenia współczesnej kosmologii sprawa nie wygląda już bynajmniej tak prosto. I to czyni zadane postawione przed chwila pytanie wysoce sensownym nawet, jeżeli do czerwoności rozgrzewa skądinąd pobożnego katechetę.

Nikogo nie trzeba przekonywać, że Pismo Święte milczy w kwestii galaktycznych trajektorii Jezusa i Maryi, milczy ono również w kwestiach dużo bardziej fundamentalnych, to jest końca jej ziemskiego życia oraz samego faktu Wniebowzięcia. Z racji niezwykle szczególnej roli Maryi w dziele zbawienia kwestie te głęboko absorbowały uwagę Ojców Kościoła, powstało też w tej materii wiele legend i opowieści. Na postać Maryi trzeba bowiem patrzeć całościowo, a próbując uchwycić teologiczny sens jej egzystencji, nie można również pominąć innych kluczowych kwestii, dotyczących jej życia takich, jak chociażby Niepokalane Poczęcie. Bez wchodzenia w większe szczegóły widać od razu, że mamy tutaj do czynienia z postacią, która dla realizacji Bożego planu zbawienia została uchroniona od wspólnej wszystkim nam ludziom kondycji niedoskonałości od poczęcia do kresu ziemskiego życia.

Rozwój maryjnej doktryny Kościoła wyznaczony jest przez dogmatyczną deklarację czterech podstawowych prawd. Pierwszą z nich Kościół wypracował już w czasie wielkich sporów chrystologicznych w walce z herezją nestorianizmu, którą potępił Ekumeniczny Sobór w Efezie w 431 roku. Chodziło bowiem o stwierdzenie, że Chrystus był Bogiem od momentu narodzenia, w efekcie czego Maryja rzeczywiście była Bożą Rodzicielką (gr. theotokos). Drugi ważny moment to dziewictwo Maryi, rozumiane w trzech sensach: przed narodzeniem Chrystusa (ante partum), w trakcie Jego narodzin (in partu) oraz po narodzinach (post partum). Głównie akcentuje się tutaj fakt, że Jezus został w łonie Maryi poczęty mocą Ducha Świętego bez udziału męskiego nasienia oraz że jej  dziewictwo nie zostało naruszone w trakcie narodzin Chrystusa. Potoczne stwierdzenie, że ,,młyny św. Piotra mielą powoli” znajdują swoje szczególne uzasadnienie w niebywale długim czasie, jaki upłynął od początku chrześcijaństwa do ogłoszenia dwóch ostatnich maryjnych dogmatów: o Niepokalanym Poczęciu (Pius IX, 1854) i o Wniebowzięciu (Pius XII, 1950). Tyle bowiem czasu Kościół bowiem potrzebował, aby dokładnie przemyśleć i przebadać, czy te dwa fakty oficjalnie zakwalifikować można do depozytu wiary.

Definiując w Konstytucji Apostolskiej ,,Munificentissimus Deus” dogmat o Wniebowzięciu Pius XII orzekł, że do depozytu wiary przynależy fakt wzięcia Maryi z duszą i ciałem do nieba bo zakończeniu jej ziemskiego życiaOrzeczenie to nie implikuje jednak, czy Maryja doświadczyła fizycznej śmierci, przez jaka przejść musi każdy człowiek na końcu swojej ziemskiej drogi. Innymi słowy, kwestia ta nadal pozostaje otwarta i do dziś stanowi przedmiot teologicznych sporów. Rzecz jest o tyle ciekawa, że można ją traktować jako pole do dalszego rozwoju doktryny, prowadzące być może kiedyś w przyszłości do bardziej zdecydowanego stanowiska Magisterium Kościoła, podobnie jak ostatnio takie stanowisko zajął w kwestii kary śmierci Papież Franciszek, finalizując je oficjalną korektą do treści Katechizmu Kościoła Katolickiego. Na pewnym etapie refleksji Magisterium może bowiem uznać, że pogłębienie wiedzy antropologicznej, wynikające z rozwoju współczesnej nauki i teologii, stanowi dostateczną podstawę, aby zaproponować rozstrzygnięcie sporu o fizyczną śmierć Maryi.

Na dzień dzisiejszy tak wśród teologów jak i w powszechnym rozumieniu przeważa opinia, że u końcu swojego ziemskiego życia Maryja rzeczywiście zmarła śmiercią naturalną. Opinia ta motywowana jest wielowiekową tradycją, która szczególnie żywa jest w Kościele Wschodnim, gdzie mówi się wprost o Zaśnięciu Najświętszej Maryi Panny. Jako podstawowe źródło podaje się tutaj dokument z czwartego wieku, zatytułowany ,,Św. Jana Teologa opis zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny”. Śmierć Maryi jest wzmiankowana w pracach takich Ojców Kościoła jak Orygenes, Św. Augustyn, Św. Hieronim i Św. Jan Damasceński. Współcześnie o śmierci Maryi mówił między innymi Św. Jan Paweł II w katechezie z 1997 roku, zatytułowanej ,,Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny”. Teologiczna argumentacja z reguły odwołuje się do stwierdzenia, że z racji wolności Maryi od grzechu pierworodnego i osobistych grzechów, jej śmierć nie była karą za grzechy, ale wynikała z ogólnej naturalnej śmiertelności ciała, której również poddał się jej Syn, Jezus Chrystus.

Gdzie zatem można szukać doprecyzowań i pogłębień, które mogłyby rzucić nowe światło na kwestię fizycznej śmierci Maryi? Chciałbym tu wspomnieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze: grzech pierworodny. W obliczu przyjęcia przez naukę teorii ewolucji jako najbardziej adekwatnego scenariusza powstania życia na Ziemi a także na kanwie historyczno-krytycznych badań Księgi Rodzaju trwa dziś szeroko zakrojona debata teologiczna nad możliwą reinterpretacją doktryny o grzechu pierworodnym. Podstawowe zadawane w tej materii pytanie brzmi, czy da się dalej utrzymać literalność opisu upadku Adama oraz zaciągniętej przez niego winy, która w swoich skutkach przenosi się dziedzicznie na wszystkich jego potomków? Czy nie jest przypadkiem jednak tak, że grzech pierworodny jest jedynie metaforą ludzkiej niedoskonałości jako stworzenia? Gdyby rzeczywiście tak się okazało, byłby to bardzo znaczący przypadek rozwoju doktryny zgodnie ze wspominanym już przeze mnie w pierwszym poście wskazaniem Św. Jana Pawła II, że nauka powinna oczyszczać religię z błędu i przesądu. Nie ulega wątpliwości, że w takiej sytuacji zupełnie inaczej należałoby spojrzeć na Niepokalane Poczęcie, które mogłoby również uzyskać dużo głębsze teologiczne ufundowanie.

I rzecz druga to sama definicja śmierci, która w powszechnym użyciu bazuje na przednaukowej antropologii, widzącej człowieka jako kompozyt duszy i ciała. Śmierć wygląda wówczas bardzo prosto: oddzielenie duszy od ciała. Z tego też dokładnie powodu mówimy, że ktoś, kto umarł, oddał ducha. Dynamicznie rozwijające się współcześnie nauki kognitywne czynią pojęcie duszy coraz bardziej problematycznym, ponieważ klasycznie przypisywane ludzkiej duszy władze wolnej woli oraz rozumu przypisuje się już dzisiaj czynnościom neuronalnych struktur mózgu. Nie mamy dziś żadnej sensownej koncepcji, jak radzić sobie ze zrozumieniem śmierci, gdyby przyszło rozstać się nam z pojęciem duszy i zastąpić ją jakimś naukowo lepiej uzasadnionym elementem ludzkiej natury, który przeżywałby fizyczną śmierć. I jak wtedy pojąć kwestię Zaśnięcia Maryi? Być może właśnie lepiej będzie stwierdzić, że śmierci fizycznej w ogóle nie doświadczyła.

Drogi Czytelniku, jeżeli teraz stwierdziłeś, że twoja wiara chwieje się w posadach, to dobrze. Być może właśnie po raz pierwszy stanąłeś przed Tajemnicą i zobaczyłeś, że można w teologii dalej zadawać sensowne pytania i jak nieskończona jet treść Bożych tajemnic. Teologia wpada w wiraże. Zamiast zestawu katechizmowych regułek do zapamiętania doświadczyłeś, że na wiarę i jej treść można spojrzeć inaczej, można ,,wypłynąć na głębię”.

Kara śmierci, twierdzenie Pitagorasa i rozwój doktryny

Nie minęło nawet dwa tygodnie, od momentu, kiedy założyłem bloga, zatytułowanego ,,Teologia na wirażu”, i teologia rzeczywiście na wirażu się znalazła. A nawet więcej: zawisła nad nią kara śmierci. To chyba jednak wystarczająca motywacja, aby poświęcić małą chwilę komentarza temu, co znów podczas upalnego lata rozgrzewa czujnych komentatorów kościelnej rzeczywistości. Rzecz wygląda poważnie, ponieważ Ojciec Święty Franciszek zlecił korektę do jednego z artykułów Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym zmianie ulega stanowisko Kościoła w kwestii kary śmierci. Katechizm orzeka teraz jednoznacznie: kara śmierci jest niezgodna z Ewangelią. Innymi słowy, kara śmierci i Objawienie wykluczają się co oznacza, że wykonywanie kary śmierci jest z wolą Pana Boga sprzeczne.

Łatwo teraz więc wpaść w następującą aporię: jak to jest możliwe, że coś, co Kościół uznawał przez wieki za legalne, nagle staje się nielegalne? Intuicja podpowiada przecież,  że nie ma dwóch prawd: nie może stać się nieprawdą to, co dotychczas prawdą było. Tego typu upraszczające myślenie prowadzi niestety do prób oskarżenia Stolicy Apostolskiej o niszczenie doktrynalnej tradycji czy wręcz herezję. W moim odczuciu jest to sytuacja trudna ale i  ciekawa, ponieważ rzucone zostaje tutaj wyzwanie potocznym intuicjom, dotyczącym sensu teologicznych sformułowań. A jak wiadomo, intuicje mogą być jedynie dobrym początkiem, a nie drogowskazem na drodze do prawdy.  O chwiejności intuicyjnego podejścia w tej materii przekonały już wystarczająco osiągnięcia XX-wiecznej teologii oraz orzeczenia Soboru Watykańskiego II (Konstytucja o Objawieniu Dei Verbum).

W tym wpisie będę miał również okazję odpowiedzieć komentatorom mojego uprzedniego postu o przyczynach kryzysu powołań. Pytano w nim bowiem, dlaczego jako ksiądz odprawiający Mszę trydencką, którego ,,defaultowo” kojarzy się z teologicznym konserwatyzmem Sumy Św. Tomasza oraz antymodernistycznej przysięgi Św. Piusa X, sięgam do takich awangardowych teologów, jak Edward Schillebeeckx czy Karl Rahner. Powody takiego stanu rzeczy wyłuszczyłem szczegółowo w rozmowie, którą wraz z ks. Damianem Wąskiem przeprowadziliśmy latem rok temu (też było gorąco) dla portalu DEON z zamiarem odparcia głośnego oskarżenia o herezję, jakie pod adresem generała jezuitów zupełnie bezpodstawnie sformułował polski teolog, ks. prof. Paweł Bortkiewicz. Argumentacja przez nas zastosowana wyjęta została wprost z kluczowych prac tych teologów. Wykorzystam ją również i obecnie w celu rzucenia szerszego światła i nadania sensu doktrynalnej korekcie Franciszka. Przed dalszą lekturą wpisu zachęcam jednak gorąco do przypomnienia naszych racji we wspomnianej rozmowie, którą można znaleźć pod następującym linkiem:

https://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,3819,w-obronie-generala-jezuitow-rozmowa.html

I jeszcze jedno. W moich rozważaniach nie będę się bezpośrednio rozwodził nad casusem kary śmierci, ale postaram się wskazać, dlaczego w ogóle w orzeczeniach doktrynalnych taka korekta jest możliwa i dlaczego nie implikuje ona ani zerwania z tradycją, a tym bardziej nie uprawnia do wnoszenia tak ciężkich oskarżeń, jak herezja. Licząc na uważną lekturę powyższego linku przejdę już bezpośrednio do dyskusji, dlaczego uważam, że Franciszkowa korekta spełnia warunki prawomocnego rozwoju doktryny i nie powinna z formalnego punktu widzenia budzić zastrzeżeń. Zamiast suchej teorii swoje wywody rozpocznę przykładem, wziętym z matematyki, ale na tyle prostej, że każdy sobie z tym bez problemu poradzi. To w końcu matematyka wytycza najściślejsze kryteria myślenia! Trzeba też pamiętać, że klasyczne już dziś spory teologiczne, które prowadził przykładowo św. Atanazy, nie były pobożnymi westchnieniami, ale toczyły się przy użyciu abstrakcyjnego i jak na tamte czasy wyśrubowanego aparatu pojęciowego.

W podstawówce i w średniej szkole wszyscy uczyliśmy się twierdzenia Pitagorasa i studiowaliśmy jego liczne dowody. W konsekwencji wierzymy, że twierdzenie Pitagorasa jest prawdziwe, i że w trójkącie prostokątnym kwadrat przeciwprostokątnej równa się sumie kwadratów przyprostokątnych. Nikt nam jednak dalej nie mówił, że wokół prawdziwości tego twierdzenia, a w zasadzie wokół statusu piątego postulatu geometrii Euklidesa, z którego twierdzenie to wynika, toczył się do drugiej połowy XIX wieku zagorzały spór. Pomijając obecnie jego szczegóły podsumuję go stwierdzając, że można wskazać w geometrii sytuacje, w których twierdzenie to nie obowiązuje! Jeżeli bowiem przeniesiemy się na niwę tak zwanych geometrii Riemanna, dopuszczających dowolną krzywiznę, to ważne dla płaskiej geometrii Euklidesa traci w ogólności swoją ważność i trzeba je zastąpić bardziej skomplikowaną formułą. Jeżeli kogoś już zgubiły matematyczne szczegóły, to niech jednak zauważy rzecz następującą. Przechodząc od geometrii Euklidesa do Riemanna dokonaliśmy znacznego uogólnienia, to jest, wkroczyliśmy w dużo bogatszy świat, niż ten, budowany przez średnioszkolną geometrię. Jeżeli więc próbowalibyśmy stosować w tym nowym świecie stare reguły, to szybko wyskoczylibyśmy na manowce. Mówiąc lapidarnie, rozwojowi uległa doktryna ,,geometryczna”.

Czas teraz przejść do teologii. W przytaczanym już wpisie o kryzysie powołań odwołałem się do nauczania Edwarda Schillebeeckxa i jego stwierdzenia, że w Objawieniu nie istnieje ,,nuda vox Dei” czyli ,,nagi głos Boga”. O co w tym chodzi? Objawienie jako autentyczna treść depozytu wiary nigdy nie pada w próżnię, ale zawsze posiłkuje się kulturowo uwarunkowanym ludzkim myśleniem, z zakodowanym w nim pewnym obrazem świata. Karl Rahner użył w tym kontekście metafory amalgamatu twierdząc, że związek treści objawionej z kategoriami ludzkiego umysłu, w których te treści muszą znaleźć swój wyraz, jest na tyle silny, że nigdy nie można ich dokładnie rozseparować. W tym też tkwi podstawa do prawidłowego rozumienia rozwoju doktryny. Formułowane twierdzenia doktrynalne mogą bowiem zawierać elementy, które są jedynie ludzkim narzędziem wyrazu. Wraz z rozwojem wiedzy tracą one swoja poznawczą adekwatność i podlegają eliminacji. Najlepszym przykładem tego procesu jest choćby sprawa Galileusza, w której źródło konfliktu stanowiła próba uczynienia elementem Objawienia czysto ludzkiego obrazu, jakim był geocentryczny Wszechświat.

I dokładnie taki mechanizm zadziałał jako podstawa przeformułowania stanowiska Kościoła Katolickiego w sprawie kary śmierci. Papież Franciszek uznał bowiem, że przemiany społeczne i systemowe, pozwalające na lepszą ochronę przed przestępcami niż to miało miejsce kiedyś, oraz pogłębiona refleksja nad godnością człowieka tak ubogacają nasz obraz świata, że na jego gruncie kara śmierci nie znajduje więcej swojego uzasadnienia. Nie da się ukryć, że nastąpił w tym miejscu istotny rozwój doktryny w zgodności z naszkicowanymi przeze mnie prawidłami tego rozwoju. Jeżeli chcielibyśmy jednak wskazać uprawnione obszary polemiki, to może to jedynie dotyczyć zasadności racji wskazanych przez Franciszka, a nie kwestii formalnych. Czy korzysta on w tym momencie z przywileju nieomylności? Rozstrzyganie tego typu problemów wypada jednak pozostawić bardziej szczegółowym debatom i kompetentnym w tej materii ekspertom.

Jaka lekcja płynie z podjętych w tym wpisie rozważań? Chciałbym tu wskazać na dwie rzeczy. Po pierwsze, w perspektywie decyzji Ojca Świętego Franciszka kara śmierci kwalifikuje się jako element przestarzałego porządku społecznego, który nie licuje z pogłębionym współcześnie rozumieniem natury człowieka i musi być zaniechana. Na pewno nie przynależy ona więc do depozytu wiary. W moim odczuciu w tym całym wydarzeniu liczy się jednak coś innego: Franciszek daje w ten sposób do zrozumienia, że doktryna nie jest zastygłym monolitem, ale posiada charakter dynamiczny, tworzący właściwą przestrzeń dla działania Ducha Świętego, który cały czas prowadzi nas ku pełni Prawdy, czyli ku Bogu. W takiej optyce wiara nie redukuje się do ślepej akceptacji zestawu doktrynalnych twierdzeń, ale jest dynamicznym procesem odkrywania Boskiej tajemnicy. I rzecz druga: hermeneutyka ciągłości. Ewidentnie w doktrynie coś odeszło, coś zostało zaniechane, czyli doszło do zerwania, ale depozyt wiary pozostał. Czy nie jest więc tak, że na rozwój doktryny powinniśmy popatrzeć szerzej? Czy nie angażuje on hermeneutyki ciągłości i hermeneutyki zerwania jako dwóch komplementarnych składowych jednego procesu, w którym zmienne jest to, co ludzkie,  a trwałe to, co Boskie? To powinno znacznie ułatwić bezpieczne wychodzenie z teologicznych wiraży.

 

Mundial contra teologia

Mało komu chyba przyszłoby do głowy, żeby na przełomie czerwca i lipca tego wybierać się do Rosji w innym celu, niż na mundial. Okazuje się jednak, że Moskwa i okolice przyciągały nie tylko futbolem, ale również możliwością studiowania teologii. Dla wielu z pewnością zabrzmi to jak absurd, ale znaleźli się w Rosji tacy, co poświęcili dwa tygodnie swoich wakacji i zapłacili pieniądze po to, aby uczestniczyć w letniej szkole teologii, zorganizowanej przez Biblijno-Teologiczny Instytut św. Andrzeja w Moskwie (www.standrews.ru). O historii instytutu można poczytać sobie na podanym portalu, więc nie będę tych informacji powtarzać. Jest też podstrona po angielsku, aczkolwiek dość mocno okrojona.

Chęć studiowania teologii to ważny zwiastun potrzeby bardziej racjonalnego podejścia do wiary, niż tylko powszechnie serwowana nam pobożność sentymentalno – dewocyjna. W tym też chyba tkwi panaceum na nasz post-chrześcijański świat, w którym tak mało mówi się o potrzebie poznania Boga. I to nie poznania w postaci zestawu twierdzeń katechetycznych, które wkute na pamięć znaczą niewiele więcej niż twierdzenie Pitagorasa.  Zagłębianie się w teologię pozwala zauważyć, że każda odkryta prawda zawsze odsyła dalej, nigdy nie stanowi jakiejś na zawsze zamkniętej i wyjaśnionej rzeczywistości. Nie zatrzymuje na sobie, ale otwiera nowe przestrzenie dociekań i zachwytu, dzięki którym buduje się niezwykła relacja z Bogiem, poznawalnym ale w swej nieskończoności nigdy nie przeniknionym. To z kolei uczy pokory, że nie stajemy się właścicielami czy też zarządcami prawdy, ale się tylko odrobinę do niej przybliżamy.

W takim też duchu do byłego podmoskiewskiego pionierskiego łagru, zaadaptowanego na ośrodek wypoczynkowy, zjechało się około czterdziestu osób aby spróbować choć trochę głębiej swoją myślą przeniknąć Boską istotę. Pomimo adaptacji, łagier ten utrzymał w znacznej większości swoją dawną sowiecką atmosferę, o czym najlepiej świadczy choćby pilnie strzeżona brama wjazdowa, do której prowadzi niczym nie oznakowana droga przez las. Jak to się za mną zatrzasnęło, to dopiero po paru dniach jakoś udało mi się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Komuna musi w tych ludziach siedzieć jednak zbyt dobrze, że im taka sceneria nie przeszkadza.

Słuchacze a także wykładowcy szkoły stanowili barwną, wielowyznaniową grupę, dającą wyjątkową szansę do zderzenia swoich przekonań z innymi tradycjami religijnymi, takimi jak na przykład prawosławie czy luteranizm. Gdy wszystkich po prostu szczerze interesuje Bóg, podziały wydają się być naprawdę mało znaczące, choć niektóre kwestie doktrynalne wywołują niejednokrotnie ożywione dyskusje. W atmosferze wzajemnego szacunku łatwiej jest dostrzec to co łączy, a nie to co dzieli. I co najważniejsze, racjonalność debaty tworzy szczególną przestrzeń działania Ducha świętego i ewangelizacji, Ducha, który choć ,,wieje, kędy chce” to jednak zawsze prowadzi nas do prawdy.

 

Tematyka wykładów prowadzonych w ramach tegorocznej szkoły była bardzo szeroka: od zagadnień systematycznych w teologii, takich jak przykładowo teologia stworzenia, teologia Nowego Testamentu czy teologia kultury aż do kwestii bardziej nowoczesnych, dotyczących dialogu chrześcijaństwa z innymi religiami. Niemniej nowoczesnym był również prowadzony przeze mnie wykład z teologii ewolucyjnej, która stanowi próbę przebudowania klasycznej ekspresji teologicznej, osadzonej przykładowo w filozofii tomistycznej, na teologię, która za swoją konceptualną podstawę przyjmuje ewolucyjny obraz świata, zgodny z osiągnięciami współczesnej teorii ewolucji oraz kosmologii. Sporo się tam zmienia! I co więcej, rodzi się na tej niwie nieśmiałe pytanie o to, czy przyjmowane przez nas powszechnie doktrynalne sformułowania nie powinny zostać poddane weryfikacji i reinterpretacji. Istnieje w moim odczuciu uzasadniona obawa, że dziś nadal wierzymy w wiele mitów. A Jan Paweł II nawoływał wyraźnie, co zresztą przytaczałem już we wpisie inauguracyjnym: nauka może oczyścić religię z błędów i przesądów; religia może oczyścić naukę z idolatrii i fałszywych absolutów”. Teologią ewolucyjną zajmę się również na tym blogu, więc zapraszam do regularnego zaglądania i czytania. Czyż przedmiotem religii nie powinna być prawda?